Arjano Navi Team - Rzeszów

17

17a

Rano mycie, śniadanko, wiemy, że dzisiaj osiągniemy już Albanię. Wydajemy ostatnie pieniądze w Macedonii, w wiejskim sklepiku kupujemy świeże pomidory, owoce, kiełbaski na ognisko. Zanim opuścimy Macedonię odwiedzamy jeszcze klasztor Św. Nauma, który pięknie położony jest na brzegu jeziora. W środku stara, kamienna cerkiewka z dobrze zachowanymi freskami. W koło, na dziedzińcu i ścieżkach parku spacerują kolorowe pawie. Co chwilę ciszę poranka przerywa ich piskliwy okrzyk. Kupujemy pamiątki, miły zakonnik częstuje nas śliwowicą, nie omieszkamy nabyć kilka butelek na prezenty.

18

Opuszczamy Macedonię i nareszcie osiągamy granicę Albanii. Na przejściu granicznym sprawnie obsługuje nas miła czarnulka, która na ramieniu nosi olbrzymi przy jej wymiarach kałach. Wymieniamy kilka grzecznościowych zdań po angielsku, uśmiech i życzenia szerokiej drogi. Po kilkuset metrach dojeżdżamy do posterunku albańskiego. Jakaż odmiana, granica to trzy kontenery wyglądające na baraki firmy budowlanej, a przy nich trzech opasłych, smutnych panów. Ci nie mają kałasznikowów, przy pasach dyndają czarne kaburki. Czują się ważni. Tu stanąć! Nie tak daleko, cofnąć! Wyłączyć silnik samochodu. Nie wychodzić! Czekać! Celnicy przechodzą się tam i z powrotem ziewając. Muszą strasznie się nudzić... W końcu proszą nas do okienka, wypełniamy kilka dokumentów, m in. czek na samochód, zapłacimy przy wyjeździe z Albanii 2 euro, o ile wyjedziemy naszym samochodem...

19

Odprawa skończona, potwornie zapyloną, wąską drogą nad samym brzegiem jeziora Ochrydzkiego dojeżdżamy do miasta Pogradec, gdzie wymieniamy euro na leki. W mieście wielka przebudowa i modernizacja, budują nowe drogi, domy, ale jakoś nie bardzo się spieszą. Wszędzie rozgardiasz, lecz nie widać pracujących robotników. Ludzie bardzo mili, nie mamy gdzie zaparkować, usłużnie jeden z mieszkańców podjeżdża parę metrów swoim mercedesem, byśmy i my mogli się zmieścić przy krawężniku drogi. W banku szybka i miła obsługa, ledwo zapytaliśmy o kurs a otrzymujemy gorący wydruk kursów walut prosto z drukarki.

20

Ruszamy więc na podbój Shqiperii (wym. szciperii), tak bowiem po albańsku brzmi nazwa kraju. Shqip to orzeł. Czarny, dwugłowy, widnieje na czerwonej fladze państwa. Drogi albańskie nie należą do idealnie równych, ale nasz Jeep zwany Kiryłem 4x4 dobrze sobie radzi. Naszym celem w Albanii jest wyszukanie terenów, gdzie możliwe byłoby uprawianie wspinaczki skałkowej. Szukamy zatem pionowych, wysokich, twardych skał, przy których możliwe byłoby usytuowanie obozu. Wskazana byłaby i woda. Skręcamy zatem w miejscowości Maliq z głównej drogi w dolinę rzeki Devoli. Poszukamy pasma górskiego, które na zdjęciach w Google Maps wyglądało zachęcająco.

20a

Jedziemy teraz nieco lepszą, bo równą szutrówką, mijamy opuszczone fabryki, kopalnie. Obserwujemy miejsca zrzutu urobku górskimi żlebami z otworów chodników w górze. Mijamy bazy wojskowe, miejsca wypalania węgla drzewnego. Nie spotykamy tu znanych nam z Bieszczad czy Beskidu retort, węgiel wypalają prymitywniejszą metodą, układając deski w formie stożka podpalając je od spodu. Po lewej stronie wije się urocza górska rzeka z licznymi wodospadami, na kamieniach błękitna woda pieni się biało i rozpryskuje. Od czasu do czasu mijamy samochody, raz bywa to ciężarówka z materiałami budowlanymi, innym razem mercedes. Tej marki jest w Albanii najwięcej. Twierdzimy, że 7 na 10 samochodów to auta spod znaku gwiazdy. Uważane są tu za wskaźnik statusu majątkowego właściciela i nieźle radzą sobie na nieszczególnych drogach. Przeważają tzw. beczki, samochody z lat 80, choć w większych miastach widuje się i nowsze modele.

20b

Skręcamy w boczną, jeszcze węższą drogę. Andrzej prowadzi wg mapy i rozpisanych wcześniej namiarów GPS. Powoli przetaczamy się po wielkich koleinach drogą wybraną w osypującym się luźnym zboczu. Gdzieniegdzie zmuszeni jesteśmy do omijania osypanego ze zbocza żwiru i kamieni. Jeszcze wąski mostek i dojeżdżamy do malutkiej wioski leżącej przy połączeniu dwóch rzek. To Lumai, lecz próżno szukać tej nazwy na mapach. Wioska składa się z kilku rozrzuconych na wzgórzu domów i ...szkółki wiejskiej.

20c

Zatrzymujemy się, by zasięgnąć informacji o dalszej drodze. Wypytujemy kilku mężczyzn o możliwość przejazdu przez rzekę, a potem udajemy się do szkoły. Trwają lekcje, wita nas nauczyciel Raymond, opowiada o wiosce, szkole, dzieciach. W dwóch małych salkach uczy się kilku uczniów z wioski, w różnym wieku. Teraz mają matematykę, wchodzimy do klasy, klimat niczym z XIX wieku, maleńkie pomieszczenie, tablica na ścianie, królicze łapki do zmazywania kredy. I grzecznie witające nas dzieciaki, które wstały i jednym tchem wyrecytowały "mirditta".

20d

20e

Przekazujemy nauczycielowi garść smyczy na szyję dla dzieci, on sam dostaje od nas smycz w kolorach biało-czerwonych z napisem Poland. Okrzyki "Polonija", "Albanija", resztę załatwiamy po angielsku. Żegnamy się z dziećmi, nauczyciel wręcza nam 2 królicze łapki widząc nasze olbrzymie nimi zafascynowanie. My przekazujemy mu czapeczkę "Rzeszów - miasto in plus", obie strony są niesamowicie usatysfakcjonowane. Ruszamy dalej, lecz dojeżdżamy tylko do wiszącego mostu, tu nie przejedziemy, musimy zawrócić. Powrót znaną drogą przebiega szybko, obserwujemy ulokowane tuż przy drodze nagrobki ofiar, które tu zginęły. Czy to były wypadki drogowe, czy spadnięcia do przepaści - trudno powiedzieć.

21

Osiągamy główną drogę i przez Maliq docieramy do miasta Korce. Wszyscy jesteśmy już bardzo głodni, szukamy knajpki, by się posilić. Dużego wyboru nie ma, pada na lokal z którego dobywa się orientalna muzyka. Klimatu nie ma, siadamy na plastikowych krzesłach przy stole bezpośrednio na ulicy, przynajmniej mamy auta na widoku. Na początek leci piwo "Tirana" i coca-cola, z jedzeniem jest pewien kłopot. Nie możemy się dogadać. Menu jest dla nas tajemniczym spisem dziwnych nazw. Próbujemy ze słownikiem, lecz albo nazwy nie ma w spisie, albo słownik nie podaje jej znaczenia. Na migi dogadujemy się, że szefowa poda jedzenie "mniam mniam" i będzie tego dużo. Proponuje "pulę". A co to jest pula? - pytamy. "Pula to pula!". No to jedziemy z pulą. Po chwili oczekiwania otrzymuję jako pierwszy olbrzymi talerz z kawałkami pieczonego kurczaka oraz chleb. Nieźle, kawałków tyle, że nie wiem, czy to jest dla wszystkich danie, czy dla jednej osoby. Nie do przejedzenia, pewnie na cały stół. Wątpliwości rozwiewa szefowa przynosząc kolejne talerze z górą mięsa dla każdego. Obżeramy się, część zagospodarujemy na kolację. Widzimy bawiące się karabinami i pistoletami dzieci, ciekawe, czy to plastikowe atrapy, czy może lekko tylko wybebeszona prawdziwa broń? Dzieciaki próbują uzyskać od nas "pieniążka", stoją z wyciągniętą ręką przy stole, stale marudząc. Przepędza je właściciel knajpy. Za bogato tu się nie żyje...

22

Pojedliśmy, brzuchy pełne, nie chce się jechać dalej, ale musimy osiągnąć pasmo górskie i tam rozbić dopiero obóz. Jedziemy przez Erseke, wzdłuż granicy greckiej. Do Grecji mamy niewiele ponad 2 kilometry. Osiągamy Leskovik, oglądamy wysokie pasmo górskie, które podświetlane zachodzącym słońcem tworzy piękne światłocienie. To nasz cel - masyw Nemercke. Zanim w jego okolice dotrzemy musimy poszukać noclegu. Opuszczamy Leskovik i serpentynami przedzieramy się przez góry. Szybko zapada wieczór. Obóz rozbijamy na rozległej górskiej łące, położonej pod serpentyną drogi. Płynący w dole strumień umożliwia dostęp do wody. Szybko rozbijamy namioty i zapalamy ognisko. Nad naszymi głowami czarne niebo z milionem gwiazd.

23

23a

Wstajemy o 6:00, Andrzej wcześniej spenetrował okolicę i wyszukał dogodne dojście do zboczy wzniesienia, na które chcemy się wspiąć. Chcemy zobaczyć panoramę masywu Nemercke z "pipanów" po drugiej stronie. Nie ma tu ścieżek, oznakowanych szlaków, Andrzej prowadzi najpierw gruntową drogą, potem przekraczamy strumień i wspinamy się na górę. Trasa wiedzie przez krzaczory, ostrokrzewy, czasem wychodzimy na odsłonięty teren, w którym poruszać się łatwiej. Po drodze mijamy niewielką kapliczkę ułożoną z kamieni, zostaję tu. Grupa podąża na szczyt, fotografuje skalne ściany i wraca. W powrotnej drodze napotykają na ruiny cerkwi. Jej kopuła trzyma się na słowo honoru, widoczne są jednak dobrze zachowane freski i kolumny podpierające strop. Po zejściu do samochodów robimy małe pranie w strumieniu, kąpiemy się i pakujemy w dalszą drogę. Serpentynami zjeżdżamy na wyżynę, w dolinę rzeki Vjose.

25

25a

Widoki zapierają dech w piersiach, z lewej strony drogi wije się płytkim kanionem rzeka o lazurowej barwie, tuż za nią pionowa prawie i łukowo wyeksponowana galeria Nemercke.

24

24a

W wiejskim, przydrożnym sklepie robimy zakupy, standardowo chleb, piwo i świeże warzywa. Mijamy miasto Permet i tuż przed Kelcyre zjeżdżamy z głównej drogi. Sprawdzamy jeszcze raz namiary GPS. Tak, to ta droga w prawo! Wjeżdżamy w teren parku Bredh Hotove, wąskimi szutrowo-pylistymi drogami wspinamy się na strome zbocza. Przed nami wioska z domami o dachach z płaskich kamieni. Ruszamy piechotą na krótki rekonesans, wzdłuż zabudowań, odnajdujemy stary cmentarz tuż za wsią, podziwiamy widoki ze szczytu.

24b

24c

Serpentynami znaczonymi przydrożnymi nagrobkami zjeżdżamy w dolinę kolejnej rzeki. To Osum, rzeka nie tak piękna jak Vjose, ale za to płynąca kanionem o niewyobrażalnej głębokości. Przejeżdżamy mostem na drugą stronę kanionu i zaczynamy poszukiwać miejsca na obóz. Jedziemy już dość długo wzdłuż kanionu, brak tu zjazdów do rzeki, trudno wymagać, by droga pokonała nagle 100 metrów w pionie. Dzisiaj mała szansa na kąpiel, chyba, że znajdziemy boczny dopływ rzeki. Jest jednak szansa na umycie, po kilkunastu kilometrach zjeżdżamy wąskimi ścieżkami wśród ostrokrzewów prawie na skalną półkę kanionu. Zostawiamy auto w krzakach a sami rozbijamy namioty bezpośrednio na skale. Nie wbijemy tu śledzi, ale wiążemy linki odciągów do kamieni. Namioty powinny się trzymać. Z uschniętych gałęzi ostrokrzewu układamy granicę pół metra od krawędzi kanionu, gdyby komuś w nocy zachciało się wyjść "na siku".

24d

Tuż przy obozowisku do kanionu pięknym wodospadem spływa mały potoczek. Woda czysta, można tu zrobić w skalnej misie pranie i umyć się. Rozpalamy małe ognisko, pieczemy kiełbaski, robimy kolację. Mamy towarzystwo, kilku młodych Albańczyków z psem bacznie nam się przygląda z daleka. Są jednak zbyt nieśmiali, by do nas podejść i się zintegrować.

25b

25c

W nocy straszy nas deszczyk, po raz pierwszy rano mamy mokry namiot. Na szczęście słońce się jednak przebija przez chmury i szybko wysusza materiał namiotu. Pakujemy obóz i jedziemy dalej. Od kilku dni wozimy ze sobą w aucie wszystkie śmieci, puste puszki, papierki, reklamówki foliowe. Nie możemy znaleźć kosza, gdzie moglibyśmy je zostawić. Mijamy przydrożne wysypiska, lecz Bożka stanowczo odmawia wyrzucenia tam śmieci, nie będziemy dodawać i swojej cząstki. Dzisiaj rano ideologia pęka - śmieci w aucie zaczynają śmierdzieć, lecą na przydrożne, wiejskie wysypisko. Od miasta Corovode dolina rzeki Osum stopniowo się rozszerza, my uciekamy od niej w bok, chcemy dotrzeć do skalnych ścian masywu Skrapar. Po drodze mijamy żółwia, który wybrał się na spacer poboczem drogi. Robimy zdjęcia. Pomiędzy miejscowościami Radesh i Molas, na terenie dawnej kopalni odnajdujemy dojście do głębokiego kanionu i wysokiej ściany skalnej. Na przeciwległym zboczu widzimy skalne jaskinie czy groty, których wyloty usytuowane są na różnych wysokościach. Ściana jest prawie pionowa, twarda, jednak dojście do jej podnóża nie jest łatwe. W wąskim przesmyku dostrzegamy wodospad. Pięknie tu, cisza, pachną kwiaty. Krótko odpoczywamy i wąską ścieżką po głazach wracamy do samochodów.

26

26a       26b

Przez Kakruke, Polican i Vodice docieramy do Beratu. Miejscowość zwana "miastem tysiąca okien" jest charakterystycznie usytuowana schodkowo na stoku wzgórza. My jednak od dłuższego czasu myślimy o jedzeniu, każdy głodny, energicznie szukamy knajpki. Znajdujemy przyjemny lokal pewnego Greka, zamawiamy steki z frytkami. Świeże mięso właściciel kroi na olbrzymie plastry i przyrządza na naszych oczach. Potem rzuca na grilla, miły zapach wypełnia knajpkę. My rzucamy się do kontaktów elektrycznych, mam przedłużacz z wieloma gniazdami, w nich kilka ładowarek baterii do aparatów i telefonów komórkowych. Musimy się naładować przed kolejnym zjazdem z bardziej cywilizowanych dróg. Obiad smakował, porcje tak wielkie, że część Grek pakuje nam w metalową folię - będzie na kolację. Uczymy się, że aby w Albanii najeść się do syta i nie wydać zbyt dużo należy zamówić jedną porcję na dwoje.

27

Mamy ok. 2 godzin na zwiedzenie miasta, to stanowczo zbyt mało. Prawie biegiem startujemy szukać poczty. Mamy zadanie wysyłać kartki pocztowe z każdego kraju, który odwiedzimy. Dzieci na nie czekają, a ich pasja zbieracza musi zostać zaspokojona bałkańskimi zdobyczami. Nie jest łatwo, w końcu udaje się odnaleźć urząd pocztowy, naskrobać kilka zdań i wrzucić do skrzynki.

27a

27b

Teraz na Stare Miasto, kluczymy wąskimi uliczkami, pokonujemy tysiące pomalowanych na biało schodków. Powoli zbliżamy się ku średniowiecznej, bizantyjskiej twierdzy górującej nad miastem. Z jej murów rozciąga się szeroki widok na miasto, czerwone dachy domów Starego Miasta i dzielnicę Nowego Miasta zbudowaną w dolinie rzeki. Widać meczet z XV w. ze strzelistym minaretem i muzułmański klasztor. Nieco z boku obskurne bokowiska z plamami wilgoci na ścianach lub odpadniętym tynkiem. Wreszcie osiągamy szczyt wzniesienia, oglądamy starą, kamienną cerkiew, mury twierdzy i meandry rzeki Osum.

27c       27d

Podziwiamy widok na piękny kamienny most Ahmeta Kurt Paszy i leżącą po drugiej stronie rzeki muzułmańską dzielnicę Mangalem. To dzięki niej Berat zwany jest właśnie miastem tysiąca okien. Zabudowana jest starymi domkami, których liczne małe okienka błyszczą w słońcu. Czy jest ich tysiąc? A kto to wie, jest zbyt gorąco by liczyć... Powoli schodzimy kamienną drogą o białych wypolerowanych tysiącem stóp kamieniach. Spotykamy wycieczkę uczniowską, dzieciaki nie zważając na upał raźno biegną do autobusu. Pora wracać do wozu, czeka nas jeszcze dzisiaj szmat drogi.

28

Wyjeżdżamy z Beratu, jedziemy przez Vajgurore, Kutalli, Strum, Roskovec do Fier. Droga staje się mało ciekawa, na rozległej, pokrytej kurzem równinie widać wkoło niedokończone betonowe budynki. Ostatnie kondygnacje straszą wystającymi żebrowanymi prętami. Kiedy inwestor zbierze pieniądze dobuduje się kolejne piętra, na razie nie ma za co. A może to odpowiedź zaradnych Albańczyków na gnębiący ich system podatkowy - dopóki dom nie ma dachu, nie trzeba płacić podatku od nieruchomości. Obserwujemy dziwny zwyczaj, na płotach i ogrodzeniach wiszą pluszowe zabawki - zwierzątka, czasem lalki. Często przybite do palika robią chyba za nasza "wiechę". Zaświadczają o skończeniu jakiegoś etapu budowy, a może chronią przed czymś lub zapewniają szczęście? Nieuprawiane pola zarastają chwastami, po drodze wiatr przewala tony piasku i pyłu. Po obu stronach drogi niezliczone ilości śmieci, niebieskie reklamówki szybują na wietrze.

29

W oddali widać zatokę, dojeżdżamy do Vlore. Tu odbijamy w lewo, podążając ku pasmu górskiemu Griba. Andrzej spodziewa się tam znaleźć dobre ścianki wspinaczkowe. W Drashovice przejeżdżamy na drugą stronę rzeki Shushices, mijamy olbrzymi pomnik z pięcioramienną gwiazdą i dziurawą, asfaltową drogą zmierzamy w górę rzeki. Wokół mnóstwo kurzu i pyłu, który zgrzyta w zęby, dostaje się do kabiny auta. Samochód cały pokryty szarym nalotem, obiecuję mu mycie jak tylko znajdziemy miejsce z wodą na popas. Dzień powoli się kończy, bacznie wypatrujemy miejsca nadającego się na obozowisko. Zjeżdżamy na kamienną plażę nad rzekę, nic więcej nam nie trzeba, jest pięknie! Zanim rozbijemy namiot wjeżdżam jeepem do rzeki i płuczę go z pyłu. Sam też się płuczę, tego mi było trzeba. Wykąpani i umyci rozbijamy obozowisko. Ja ustawiam namiot a Bożka przygotowuje kolację. Ognisko z chrustu znalezionego na plaży rozświetla mrok, wyjmujemy integracyjną flaszeczkę Żubrówki, która chyba nie doczeka się by zostać prezentem dla ew. albańskich gości. Smakujemy integracyjnie racząc nią całe towarzystwo. W końcu ognisko gaśnie a my udajemy się na zasłużony odpoczynek.

29a       29b

Rano mamy wizytę Albańczyka, który na koniu podąża do pracy w pobliskim mieście. "Gadamy" chwilę, choć od tej rozmowy bardzo bolą nas ręce. Śmiechu co nie miara, robimy wspólne zdjęcia. Szybko pakuję bambetle i już dwa wozy stoją gotowe do dalszej trasy. Mijamy mosty przewieszone nad górską rzeką, stada owiec przepędzane drogą na pastwiska, osiołki obładowane bańkami na mleko, stacje benzynowe z jednym dystrybutorem i wioski. W oddali widać wysokie, pokryte śniegiem szczyty gór. Obserwujemy jak wygląda komunikacja w tym górskim terenie. Nie widzimy autobusów, cały transport przejęły busy i busiki różnych marek, choć prym wiodą oczywiście mercedesy. Niesamowicie sprawnie ich kierowcy radzą sobie na kamienistych drogach pełnych wyrw i przełomów. Podziwiamy piękną przyrodę, liczne kwiaty i zielone kobierce na halach i pod szczytami. Chmury także przygotowują dla nas spektakl kłębiąc się tuż obok. Dziwne uczucie, gdy poruszasz się samochodem w chmurach.

31

Powoli dojeżdżamy do Borsh, po prawej widać na niedostępnej skale ruiny twierdzy, tuż pod nią obrazek symbol Albanii - betonowe bunkry.

32

Są wszędzie, szczególnie tu, na przełęczy, która jednocześnie jest blisko brzegu morza. Za moment wyjeżdżamy z wąskiej górskiej drogi na główniejszą, przed nami otwiera się błękitne morze. Skręcamy ku Sarandzie i budowaną właśnie drogą próbujemy dostać się do tego znanego kurortu morskiego.

32a

Męcząca i monotonna podróż kończy się około godziny 13:00, wjeżdżamy do miasta, skwar niesamowity. Miasto w pełnym rozwoju, budują się liczne hotele, drogi w remoncie, w koło pełno kamieni, piasku i wszędobylskiego pyłu. Jedynie nadmorska promenada jest nieco uporządkowana, znajdujemy kameralną knajpkę i wspólnie udajemy się na obiad. Niedaleko od Sarandy, na Morzu Jońskim, w zatoce, leży grecka wyspa Korfu, zwana też Kerkirą. Z Sarandy można dostać się na nią statkiem bądź promem. Szybko obiegamy miasto i ładujemy się do rozgrzanych samochodów. Ruszamy serpentynami w górę, wracamy do Borsh.

32b

Tu znajdujemy największy drogowskaz, jaki udało nam się spotkać w Albanii - wskazuje kierunki do 28 miejscowości! Doceniamy to, gdyż w Albanii drogowskazów jest jak na lekarstwo. W pobliżu Qeparo oglądamy z góry malowane bunkry. To pokłosie artystycznej próby uwolnienia bunkrów z demonów przeszłości i przekazania ich teraźniejszości, by nieco podkolorowane cieszyły choć oko. Jedziemy przez Himare i w okolicy Palase skręcamy w wąską szutrówkę prowadzącą wprost na plażę. Po drodze mijamy jeszcze wiejskie wysypisko śmieci i po kilku kilometrach dojeżdżamy do kamienistej, czyściutkiej plaży usianej wprost bunkrami.

32c

Morze jest teraz granatowo - zielone, dość ciepłe jak na tę porę roku. Zanim rozbijemy obóz korzystamy z kąpieli. Dziwi nas, że nasi towarzysze nie mają ochoty na kąpiel. "Słone jest" - słyszymy. Jak to morze... My przez całą drogę wieziemy na dachu jeepa prysznic z czarnym worem, w którym od słońca grzeje się kilkadziesiąt litrów słodkiej wody - jak znalazł na opłukanie się po kąpieli. Woda w morzu jest cudowna, odpoczywamy, pływamy, bawimy się w falach. Zmęczenie uchodzi, gdy wychodzimy z wody zawieszone nisko słońce kładzie długie cienie na olbrzymiej i pustej plaży. Wieczorem rozpalamy romantyczne ognisko, przy którym zjadamy kolację: makaron z polskimi pulpetami. Wokół doskonała czerń nocy, żadne światło nie przeszkadza w obserwowaniu gwiazd. A tych jest całe niebo!

32d

32e



powrót do strony głównej wstecz dalej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła