Arjano Navi Team - Rzeszów

33

Wstajemy późno, po 7:00, to ma być "śpimy dokąd chcemy" Andrzeja. Po śniadaniu robimy Kiryłowi, naszemu jeepowi sesję zdjęciową na głazach plaży, a potem puszczamy wodze fantazji i zasuwamy z dużą prędkością po pustej plaży. W Polsce to by nie przeszło... Jeszcze zwiedzanie najbliższej okolicy na piechotę, wspinamy się do małego kościółka czy cerkwii na zboczu - w środku odrapane ściany i portrety świętych. Pomieszczenie jest naprawdę miniaturowe. Wracamy, szybka kąpiel i ruszamy dalej w świat. Droga serpentynami wspina się na 1027 m przełęczy, nad nami jeszcze szczyty dwutysięczników. I znowu chmury pod nami, morze ponad kilometr niżej...

34

34a

Dobrą drogą, przypominającą chorwacką jadrankę docieramy do Vlore. To 50-tysieczne, europejskie miasto, wzdłuż szerokich ulic rosną palmy. Wypłacamy w bankomacie pieniądze, bo zapasy powoli się kurczą. Na przedmieściach napełniamy też bukłaki i zbiorniki woda pitną. Obserwujemy jak wieśniak sprzedający żywe kurczęta trzyma je powiązane za nogi, wiszące głowami w dół. Druga "paczka" leży na betonowych schodach. Jedziemy znanym już nam odcinkiem do Fier, by stąd udać się jeszcze do Apollonii. Tu oglądamy ruiny starożytnej greckiej kolonii - miasta, a także zabytkowy bizantyjski klasztor. Wąchamy też kwiaty kwitnących odrzew oliwnych. Straciliśmy kontakt z pierwszym wozem, głodni wracamy do Fier. Tuż przed miastem spotykamy drugą załogę, która czeka na nas. Wspólnie łazimy jeszcze trochę po bazarze i na koniec idziemy popróbować ichniejszego kebabu. Żadna rewelacja. Najedzeni ruszamy do miejscowości Ardenica, gdzie znajduje się zespół klasztorny. Oglądamy pięknie zachowaną cerkiew. Przy wyjściu spotykamy ubraną na czarno babcię, która prosi o datek. Bożka coś tam grzebie po kieszeniach.

35

Stąd szybki skok przez Lushnje, Rrogozhine i przed miejscowością Elbasan skręcamy w lewo ku Tiranie. Przed stolicą obóz tym razem rozbijamy w mniej pięknym miejscu, przynajmniej porównując do poprzednich lokalizacji. Mała dolinka nad głęboko w jarze płynącym potokiem umożliwia rozstawienie namiotów i samochodów. Dostęp do wody jest jednak utrudniony, a pomiędzy naszym namiotem a samochodem wije się wiejska ścieżka, która co chwilę ktoś przechodzi. Ze wsi słychać głośną, orientalną muzykę. To wesele. Część naszej ekipy postanowiła zabawić się w gości weselnych i zniknęła na pół nocy. My, po szybkim posiłku, zmęczeni, idziemy spać.

36

36a

Rano namioty mokre, słońce tu nie dociera zasłaniane przez stok góry i wysokie drzewa. Nie czekając aż wyschną składamy je i ruszamy do ponadpięćset tysięcznej Tirany. W mieście parkujemy w okolicy placu Skanderbega. Włączam wszystkie zabezpieczenia samochodu, także ukrytym "heblem" wyłączam prąd na pokładzie. Z pewną dozą niepewności zostawiamy samochody i idziemy podziwiać miasto. Prezydent Tirany sporo zrobił od czasu załamania się komunistycznego reżimu w 1991 roku, najbardziej w oczy rzucają się pomalowane we wszelkie kolory blokowiska. To jego pomysł autorski. Miasto, przynajmniej centrum nie odrzuca, jest w miarę czyste i ma swój urok. Oglądamy pomnik Skanderbega, po polsku Jerzego Kastrioty, albańskiego bohatera narodowego urodzonego w Kruji w 1405 r. Kastriota brał udział w wielu bitwach po stronie imperium otomańskiego. Za swoje militarne sukcesy otrzymał tytuł "Iskander Bey Arnauti", po albańsku właśnie "Skënderbeu". Po turecku ten tytuł oznaczał: Bej Aleksander. Porównywano bowiem męstwo i mistrzostwo wojenne Kastrioty do Aleksandra Wielkiego. Skanderbeg wkrótce zmienił jednak stronę po której walczył, powrócił do ojczystej Albanii, gdzie bronił jej przed najazdami Turków. Dla Albańczyków, wyznających przede wszystkim islam, Skanderbeg stał się symbolem związków kultury albańskiej z Europą.

37

Idziemy w kierunku Uniwersytetu, założonego w 1957 r. jako pierwszy uniwersytet w Albanii. Zwiedzamy park na jego tyłach, następnie kierujemy się do ogrodu botanicznego. Wizyta w nim niestety mocno nas rozczarowuje, poza podwiędłymi różami, palmami i zamkniętym na klucz kaktusarium nie ma tu praktycznie nic. Oddzielamy się od grupy i idziemy z Bożką "na azymut" w kierunku samochodu. Poznamy przynajmniej inne, mniej centralne dzielnice miasta. Blokowiska ustępują miejsca małym, nędznym domkom, budowanym byle jak i z byle czego. Podziwiam plątaninę kabli energetycznych, że ktoś jeszcze nad tym panuje. Na ulicach biegają brudne dzieciaki, wkoło piętrzą się sterty śmieci. Nie pachnie ładnie. Powoli zbliżamy się do auta. Robimy zakupy jarzynowe, trochę pomidorów, ogórki, jakieś owoce, świerzynka na pokładzie musi być!

38

Z Tirany kierujemy się ku rodzinnemu miastu Skanderbega - Kruji. W miasteczku u podnóża zamku znajduje się muzeum etnograficzne, meczet oraz bazar, na którym można kupić miejscowe pamiątki. To praktycznie jedyne miejsce w Albanii, gdzie udało nam się odnaleźć kartki pocztowe i wyrobu typu "albańska cepelia". Z mnogości suwenirów można wybrać i nieco gustowniejsze na pamiątki dla naszych znajomych. Nie obejdzie się oczywiście bez zakupu sławnego koniaku "Skanderbeg". Uliczka z kramami dochodzi do samej bramy pięknie położonej warownej budowli.

38a

To właśnie zamek, a obecnie muzeum Skanderbega. Wchodzimy na dziedziniec, oglądamy widoki na góry, podziwiamy mury, baszty. Gorąco! Marzymy o łyku zimnego piwa. Marzenie swe realizujemy poniżej zamku, nic tak nie gasi pragnienia jak schłodzona Tirana. Dodatkowo kupujemy papryczki nadziewane ostrym serem typu bryndza, tureckie cistka - mordoklejki i standardowy zestaw: pieczywo + napoje. Niedługo bowiem skręcamy w bardzo odludne tereny i z zakupami może być kłopot.

38b

Chcemy wjechać w kolejne pasmo górskie, kierujemy się na miejscowość Burrel. Jedziemy wąską, górską szutrówką. Po lewej spore przepaście, co jakiś czas widzimy przydrożne kapliczki, które zaświadczają o tragedii, jaka rozegrała się na tej drodze. Po kilkunastu kilometrach spotykamy Albankę, która czeka na busa lub okazję, by dostać się do Burrel. Zatrzymujemy się i bierzemy ją "na stopa". Próbujemy po drodze wypytać ją o dojazd z Burrel w pasmo górskie Mali i dejem. Kobieta sporo mówi, dla nas jedynymi rozpoznawalnymi słowami są "majtas i djatas", czyli lewo, prawo. Co więcej mówi, pozostanie tajemnicą.

38c

Wysiada w centrum miasteczka, do nas podchodzi chłopak, który wita nas serdecznie. Po angielsku przedstawia się, opowiada, że sporo czasu spędził z Polakami pracując w Irlandii. Ma przyjaciółkę w Płocku i synka Miłosza. Stwierdza, że Polacy są fajni, tylko za dużo piją... Hm, to samo możemy powiedzieć o Albańczykach. Chłopak pokazuje nam najlepszą drogę ku ścianom Mali. Droga jest trudna, ostro pod górę, wjeżdżamy na sporą wysokość, gdzie postanawiamy robić obóz na wypłaszczeniu szczytu. Nie zdołamy wjechać wyżej, zresztą zaraz zapada noc. Z góry, drogą zjeżdża dwóch podróżnych na koniach i mały chłopiec na osiołku. Jadą do miasta, by na jutrzejszym targu sprzedać wykonane przez siebie poduszki. Pytamy o drogę, wskazujemy mapę i rejon, który nas interesuje. Coś tam próbujemy zrozumieć, ale poza "Albanija - Polonija" nie wychodzimy. Śmieją się obie strony, bo nikt nikogo nie rozumie. Ustalamy jednak położenie najbliższych wiosek wg ich nazw. Daję małemu chłopcu czapkę z logo Rzeszowa pełną cukierków. Nie chce przyjąć, boi się, kurczowo trzyma swoją własną. Dopiero ojciec bierze słodycze w ręce, częstuje nas wszystkich i resztę oddaje synkowi. Temu rozjaśnia się buzia uśmiechem. Pokazują nam jeszcze gdzie niedaleko jest woda, poją tam swoje konie. Faktycznie, ze skały cieknie mały strumyczek, który tworzy maleńkie oczko w metalowej części beczki. A więc będzie na kolację herbata a i umyć będzie się w czym.

39

39a

Rozbijamy namiot na samym szczycie, koledzy nieco niżej. Jest piękna, ciepła noc, błyszczą gwiazdy, a daleko w dole światła osad. Nocą rozpalamy poniżej szczytu ognisko. Wstajemy wcześnie, o 5:30 jesteśmy na nogach, przepakowujemy zapasy jedzeniowe, próbujemy upchać prezenty i zakupiony alkohol, by był bezpieczny i nie zalał bagaży. Wyjeżdżamy po szybkim śniadaniu, chcemy dzisiaj dojechać jak najbliżej ścian skalnych, których szukamy. Droga pnie się w górę, na razie nie mamy kłopotów z jazdą, prowadzimy przecież terenówki. Droga robi się coraz gorsza, pełno wyrw, kolein wyżłobionych przez ciężki sprzęt do zwożenia drewna. Co jakiś czas głębokie kałuże o niezbadanym dnie. Dla odpoczynku zatrzymujemy się przy pięknym wodospadzie. Sylwia zostaje tu z psem a nam udaje się załapać na pakę ciężarówki, która jedzie w górę po drewno. Sympatyczny kierowca zabrał nas chętnie, po angielsku opowiada o górach, wskazuje miejsca, gdzie możemy liczyć na skały, a gdzie znajdziemy tylko pokruszone piargi. Po kilku kilometrach zeskakujemy z auta, dalej idziemy na piechotę. Ostre wspinanie po zboczu, bez szlaku, na azymut. Po jakimś czasie ja rezygnuję, postanawiam zrobić spacer do wodospadu, Bożka z chłopakami idzie dalej. Wspinają się na skałki, trawersują zbocze i znikają za szczytem. Następnie odbijają na drogę, która wyprowadza ich na kolejną przełęcz, z której widać już ośnieżone szczyty. Przechodzą kolejną grań, przez spalony las wchodzą na pola śniegowe. Przynajmniej można się nim natrzeć w ten upał. Wszędzie widać kwitnące krokusy. Przez strumień osiągają szczyt, stąd doskonale widać ściany w całości - i to wystarczy.

40

40a

40b

Andrzej jest nieco rozczarowany, spodziewał się, że będą nieco ładniejsze, lepsze do wspinaczki. Następuje odwrót. Nad wodospadem grupa pojawia się ok. 15:00. Bierzemy prysznic pod wodospadem, doskonałe są takie bicze wodne. Pora na obiad, dzisiaj kus-kus z gulaszem angielskim i sałatką. Strasznie nas suszy, chyba się nieco odwodniliśmy tą wspinaczką. Na szczęście w strumieniu chłodzą się już tutejsze rodzaje piw. Leniuchujemy trochę, robimy pranie w strumieniu, gramy w kości, czytamy przewodniki. Musimy wrócić na poprzednie miejsce noclegu, tą drogą do góry nie uda się przejechać. Rozpalamy ognisko na naszym szczytowym miejscu, zapraszamy współtowarzyszy na góralską herbatę z prądem, jednak oni wolą sam prąd. Integrujemy się długo w noc. Już wtorek, 27 maja, pakujemy się i zjeżdżamy w dół. Po drodze mijamy liczne busy dowożące dzieci do szkół. Siedzą dzieciaczki stłoczone jak sardynki, przed szkołą wylewając się kolorowym tłumem z aut. Wszystkie ładnie ubrane, zadbane, robimy zdjęcia.

41

Jedziemy na Szkodrę, po prawej mijamy jeziora, potem wzdłuż kanionów zielono-mętnej rzeki Mati, przez zaporę, mijamy kolejne tunele. Przez Lezhe, wzdłuż rzeki Drin dojeżdżamy do Szkodry. Nie mamy czasu obejrzeć zamku Rozafa, kierujemy się od razu ku starszej części miasta. Idziemy na spacer i zwiedzanie miasta, oglądamy "ołowiany meczet", kościół NMP z XV w, liczne stare budowle. Widoczne są jeszcze skutki trzęsienia ziemi, które nawiedziło ten rejon w 1979 r., choć miasto prowadzi sporo inwestycji i remontuje starówkę. Kupujemy dżem z fig, ser owczy i kefir - ciekawa kolacja się szykuje.

42

Powoli kończy się nasza trasa przez Albanię. Za kilkadziesiąt kilometrów meldujemy się na granicy albańsko-czarnogórskiej. Spokojnie tu, nie ma kolejki, opłacamy wywóz auta w kwocie 2 euro i już możemy mknąć w kierunku Podgoricy. Polskie tłumaczenie nazwy miasta brzmi "Podgórka". W czasach komunistycznych miasto nazywało się Titograd - od nazwiska Josipa Broz Tito, dyktatora Jugosławii. Do dzisiaj echa tych nazw odbijają się czkawką - międzynarodowy skrót dla lotniska w Podgoricy nadal brzmi TGD. W stolicy Czarnogóry kupujemy kartki pocztowe, które wysyłamy naszym małym kolekcjonerom - bratanicy i bratankowi. Przez Niksic jedziemy drogą nr 18, dojeżdżamy do jeziora Piva, po prawej stronie zostawiając Park Narodowy Durmitor.

43

Na granicy Czarnogóra - Bośnia i Hercegowina jeszcze sprawniej, wjeżdżamy do kolejnego kraju i przed Sarajewem chcemy znaleźć nocleg. Za wsią zjeżdżamy w dół, ku rzece, miejsce nie tak urokliwe, ale nie jest źle, dostęp do wody i trochę płaskiego terenu do rozbicia namiotów. Te rozkładamy praktycznie tuż przy dróżce, ale ruch tu niewielki. Schodzimy nad rzekę, ma piękny zielony kolor, lecz jest potwornie zimna. Spotykamy wędkarza, z którym zamieniamy kilka słów. Tym razem nie mamy najmniejszych problemów ze zrozumieniem, choć każdy mówi w swoim języku. Dostaję wędkę, łowimy chwilę wspólnie, ale marny ze mnie rybołów, nudzę się szybko i uciekam do obozu. Robimy kolację, by dodać nieco romantycznego nastroju rozkładam na niewielkim pagóreczku kilkanaście tealightów- świeczek. Bardzo jestem zadowolony z rezultatu, cała góreczka lśni pięknie. Zmuszony jestem jednak do rearanżacji układu, gdy Seba wracający z kąpieli pyta czyj to nagrobek. Rano budzi nas rosa i chłód od rzeki. Zjeżdżam Kiryłem do brzegu i ładuję kilka ładnych, zielonego koloru kamieni. To moje zboczenie, że z każdego wyjazdu muszę przywieźć do ogródka trochę głazów.

44

44a

O siódmej jesteśmy już na drodze, znowu liczne tunele wykute w skale, jedziemy brzegiem rzeki. Zapowiada się piękny dzień. Teraz naszym celem Sarajewo. Miasto położone jest na wysokości ok. 500 m n.p.m., w dolinie pomiędzy pasmami Alp Dynarskich. To tu, w 1914 r. miało miejsce zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Wydarzenie to spowodowało wybuch I wojny światowej. Miasto znane jest także z Zimowych Igrzysk Olimpijskich, które miały miejsce w 1984 r. Podczas wojny w Bośni, po rozpadzie Jugosławii, miasto było oblegane przez bośniackich Serbów. Oblężenie miasta rozpoczęło się 6 kwietnia 1992 r. i trwało do końca października 1995 r. Podczas oblężenia miasto było cały czas ostrzeliwane z otaczających gór, odcięte od dostaw wody i prądu, a żywność dostarczano nieregularnie. Zginęło wtedy ponad 10 tysięcy osób, praktycznie wszystkie budynki zostały zniszczone lub uszkodzone. Od zakończenia wojny Sarajewo jest odbudowywane, ślady wojny są jednak cały czas wyraźne i dobrze widoczne. Oglądamy w samym centrum ślady serii pocisków na ścianach domów, zawalone rudery i sterczące jeszcze ruiny domów z zabitymi dyktą oknami. Przygnębiające wrażenie robią wypalone 10 piętrowe wieżowce. Jedynie nieliczne z nich są odnowione i pomalowane jasnymi kolorami. Stare miasto prezentuje się już dużo okazalej. Zwiedzamy meczet cesarski, oglądamy neomauretańską synagogę i cerkiew. Na placu Bascarsija oglądamy odrestaurowane, czyste domki, nieco wyżej rozległa dzielnica handlowa z licznymi, kolorowymi kramikami. Można tu kupić pamiątki, wyroby ludowe a także zjeść doskonały kebab. Po zbyt krótkim pobycie wracamy do samochodu, który zaparkowaliśmy nad rzeką Miljacką, tuż przy zniszczonym gmachu biblioteki miejskiej. Budynek ten większość opisuje jako ratusz, jednak nigdy nie mieścił się tu urząd miasta, takie były jedynie plany. Teraz piękny zabytkowy gmach straszy dyktami w oknach i śladami po zaciekłych walkach. Może i on w końcu doczeka się renowacji.

45

45a

45b       45c

Teraz my przejmujemy prowadzenie. Jako wóz komandorski ruszamy w kierunku Travnika i miejscowości o jakże uroczo brzmiącej nazwie Jajce. Na mapie odnajduję, że w Jajcach, które w XV wieku było siedzibą królów bośniackich znajduje się godny uwagi wodospad. Jedziemy go zobaczyć. Krótki spacer po położonym nad rzeką Vrbas miasteczku kończymy nad malowniczym wodospadem o wysokości 30 m na rzece Pliva. Brak nam czasu na dokładniejsze zwiedzanie, dziś bowiem chcemy dojechać jeszcze do jaskiń Hrustowskiej i Dabarskiej.

46

Ruszamy na Kljuc, potem odbijamy w prawo w drogę M15. Niby tabliczki przydrożne z numerem trasy zgadzają się z oznakowaniami na mapie, jednak zastanawia nas jeden mały szczegół. Rzekę mamy po drugiej stronie, niż być powinna. Nie zrażamy się tym, dojeżdżamy w okolice Hrustowa i tu po zasięgnięciu tzw. języka z łatwością odnajdujemy położenie jaskini. Parkujemy samochody na małym placyku i pieszo, uzbrojeni w latarki ruszamy na eksplorację. Po chwili odnajdujemy w lesie, na zboczu wejście do jaskini. Z wnętrza wieje chłodem, przyjemnie wejść z rozgrzanego powietrza i poczuć chłód na koszulce. Otwór wejściowy jest duży, kilka metrów szerokości i wysokości. Zanurzamy się w czerń, zapalamy czołówki. Idziemy szerokim, wygodnym korytarzem ok. 400 metrów, obserwujemy ściany i sklepienie. Nad naszymi głowami kołują nietoperze. Robi się nieco cieplej i parniej, okulary pokrywają się mgiełką. Korytarz zwęża się, przechodzimy teraz liczne progi, pod nogami pojawiają się kałuże. Stojąca w nich nieruchomo przezroczysta woda wywołuje złudzenia. Odbija się w niej strop, co chwilę słychać wrzaski tych, co w pełnych butach wdepnęli w małe jeziorko. Korytarz zaczyna się wznosić i ścieśniać, musimy pokonywać duże bryły skalne, wspinać się na małe ścianki. Dochodzimy prawdopodobnie do końca korytarza, bez sprzętu na pewno dalej nie wejdziemy. Zawracamy i penetrujemy jeszcze boczny, dużo węższy korytarzyk. W nim poprowadzona jest linka, która zapobiega zagubieniu się. Robi się coraz ciaśniej i brudniej, wokół pełno błota, gdzie niegdzie napotykamy na śmieci. Kilka latarek odmawia posłuszeństwa, baterie są na wyczerpaniu. Decydujemy się na odwrót, brudni, oblepieni błotem, mokrzy od potu, z przemoczonymi butami osiągamy wyjście z jaskini. Fajnie było!

46a

46b

46c       46d

Przy samochodach myjemy ręce, doprowadzamy się do jako takiego porządku i ruszamy na poszukiwanie miejsca nadającego się na obóz. Nad rzeką Sana znajdujemy kawałek wykoszonej łąki, nawet z ławeczkami zbitymi z drewnianych listew. Instalujemy się na noc. Zanim jednak przygotujemy kolację czeka nas kąpiel w zimnej, górskiej rzece. Każdy z lubością zrzuca z siebie grube pokłady błota. Na kolacji mamy gościa, dołącza do nas Chorwat Fredo. Ponieważ posiłek jest zakrapiany długo nas nie opuszcza. Długo w noc siedzimy przy ogniu i rozmawiamy.

47

Rano dostrzegamy plagę ślimaków, są wszędzie, na namiotach, suszących się ręcznikach, na samochodach, w jedzeniu. Wybieramy nieproszonych gości, brr. Wkoło panuje straszna wilgoć, zaczynamy tęsknić do suchych albańskich poranków. Rano wstajemy o 7:00 i po szybkim śniadaniu jedziemy w kierunku Dabarskiej Peciny, drugiej jaskini w okolicy. Dojazd jest już oznakowany tabliczkami, bez błądzenia poruszamy się trasą. Końcowy fragment drogi można pokonać tylko samochodem terenowym, nie wyobrażam sobie, by tu przejechała osobówka. Zatrzymujemy samochód na zielonej łące i ruszamy ku wejściu. Przechodzimy przez drewniany mostek i stajemy u wlotu olbrzymiego otworu. Wejście robi wrażenie. Wchodzimy do środka, z początku szeroki korytarz nieco się zwęża, dno korytarza usiane kamieniami, małymi i też całkiem sporych rozmiarów. Ostrożnie posuwamy się głębiej. Nagle na przeszkodzie staje nam spore jeziorko, które zamyka dojście do dalszych fragmentów korytarzy. Woda jest przezroczysta i potwornie zimna, wręcz lodowata. Próbujemy obchodzić bokiem, potem wchodzimy nieśmiało do wody, ale ta staje coraz głębsza. Trzeba by płynąć. Nie mamy na to ochoty i tak przegrywamy z jaskinią. Wracamy, by zobaczyć jeszcze wodospad i wywierzysko podziemnego potoku, który spod skały wypływa potężnym nurtem.

48

Pora wracać, w pobliskim mieście robimy ostatnie zakupy, niestety nie mamy szansy wymienić serbskich pieniędzy, które zostały nam z Serbii. Żaden bank ich nie wymieni, nie ma szans. Powoli kończy się nasza wyprawa, trasa powrotna do domu wiedzie przez Chorwację. Ruszamy w jej kierunku, przejeżdżamy przez Sanski Most i Prijedor, by po kilkunastu kilometrach osiągnąć Park Narodowy Kozara. W wiosce Mrakovica oglądamy pomnik poświecony ofiarom II wojny światowej. Osiągamy przełęcz i z początku dobrą drogą rozpoczynamy zjazd w dół ku Gradiska. Droga staje się coraz bardziej wyboista, wąska, jest rozjeżdżona przez samochody wywożące drewno z lasu. Droga wg mapy "żółta" pełna wyrw i przełomów. Jedziemy jednak w dobrym kierunku. Robi się parno, chce się spać. Walczę z opadającymi powiekami, przy strumieniu zatrzymujemy się i myjemy twarze zimną wodą. Trochę pomaga, choć nie na długo. W końcu dojeżdżamy do granicy z Chorwacją, spokojnie i szybko ją przekraczamy i bez zatrzymywania jedziemy dalej przez Pakrac i Daruvar i Viroviticę. Szybko osiągamy kolejną granicę w Barcs, tym razem z Węgrami. Wjeżdżamy na teren UE, każą nam otwierać bagażnik, pokazywać bagaże. Na wierzchu leżą zabłocone potężnie buty turystyczne, celnicy dalszych pytań nie mają. Nie buszują w bagażach. Teraz krótki skok przez Szigetvar do Pecsu. W mieście oglądamy liczne zabytki, meczety pozostałe po okupacji tureckiej, muzea, teatr narodowy, katedrę. Nie może obyć się bez pożywnego kebabu.

50

Jesteśmy zmęczeni drogą, a przed nami jeszcze sporo kilometrów, nie ma więc czasu na dokładniejsze zwiedzanie. Jedziemy, droga się dłuży, kątem oka szukamy miejsca na nocleg, w cywilizowanych Węgrzech nie jest tak łatwo jak np. w Albanii. Znajdujemy miejsce na obóz za miejscowością Szekszard. Niedaleko Paks, zjeżdżamy ku Dunajowi i na rozległej równinie, przy ruinach dawnego gospodarstwa rozbijamy namioty. Miejsce fajne, niestety, pełne komarów, które gryzą niemiłosiernie. Ubrani po szyję z kapturami na głowach w przyspieszonym tempie robimy kolację i szybciutko kładziemy się spać. Wcześniej wybijając oczywiści kilkadziesiąt komarów w namiocie - krwawe plamki pstrzą tropik. Wstajemy tradycyjnie świtem, komary tradycyjnie też nie śpią. Tną gorzej niż w nocy... Wyjeżdżamy z pola na Kecskemet. Ciągniemy bez przystanków ku Polsce. Krótkie zatrzymanie na zakup węgierskiego wina i znowu za kółko. Krajobrazy zmieniają się szybko, już jesteśmy na Słowacji, za chwilę polska granica. Zanim ją osiągniemy zatrzymujemy się w "Bieriozce". Tu rozpoczęła się nasza przygoda, tu musi się zakończyć. Po posiłku, żegnamy się z ekipą drugiego samochodu i startujemy do ostatniego odcinka do Rzeszowa. Do domu...

49

Jeżeli chcesz obejrzeć więcej zdjęć z naszej wyprawy - kliknij tu: BAŁKANY '2008


Napisz komentarz do relacji...


wstecz powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła