Arjano Navi Team - Rzeszów
Idziemy do samochodów, rajd rozpoczyna się testem wiedzy o elektrowni. Odpowiadamy szybko na 8 pytań. Żadne nie jest dla nas kłopotliwe, niestety, w ferworze walki popełniamy jeden błąd. Nikt zresztą nie napisał tego testu bezbłędnie.
Teraz pora na próbę sprawnościową. Odbędzie się ona na "żarówie" - parkingu przed elektrownią. Żarówa pali, ale najbardziej daje się we znaki ta żarówa z nieba. Jest bardzo gorąco.
Ruszamy do próby, jest bardzo ciasna, na początku slalom a potem trzeba autem wyrysować coś na podobieństwo włókna żarówki, esy-floresy i to mocno ciasne. Focus tradycyjnie odmawia obrócenia się na ręcznym, asfalt jest zbyt szorstki, auto ciężkie.
Muszę cofnąć, by zmieścić się w kolejnym przejeździe między słupkami. Teraz jadę już szeroko, na okrągło, ale pierwszy najazd popsuł szyki. Czas nie jest rewelacyjny: 31,21 s...
Podjeżdżamy na START etapu I, liczącego 39 km. Mamy na jego pokonanie 90 minut. Dodatkowo otrzymujemy kartę z 4 zdjęciami. Dzisiaj szukamy budynku z czerwonej cegły, my nazywamy go starą szkołą, słupa energetycznego z widokiem na wieżę kościoła, dwóch starych drzew. Jak je poznać? Teraz mogą mieć bujnie rozwinięte liście i wyglądać zgoła inaczej... Do kompletu zdjęcie z centrum dużego miasta, wysokie, szklane budynki i plątwa przewodów na słupach energetycznych czy telefonicznych. Dawno nie byłem w Katowicach, ale zapewne i inne śląskie czy zagłębiowskie miasta mogą poszczycić się takimi wieżowcami. Dziwią mnie jednak flagi nieznane mi dotąd i egzotyczny słup sygnalizacji świetlnej. To nie wygląda na Polskę...
Otrzymujemy itinerer I etapu. Sprawdzamy, co widnieje po słowie trasa. Nic ciekawego, kolejno jedziemy wszystkie kratki od 1 do 45. Sprawdzam kolejność kratek w itinererze, zgadzają się, po 1 jest 2, po 2 jest 3, dochodzę do 14, po której następuje od razu 16. A więc to tak! Fajny myk, klasyczny niemalże, lecz na pewno sporo zawodników na to podmianę się nabierze. Uwielbiam takie "myki", niestety, z przykrością obserwuję działania zmierzające do uproszczenia zapisów itinerera, zawodnicy domagają się porządku, żadnych zagadek, podchwytliwych ułożeń. Chcą doprowadzić, aby itinerer nie niósł w sobie nic poza jednoznaczną trasą. Wtedy wystarczy zwolnić zawodnika z myślenia i nakazać mu wykonywanie prostych, nieskomplikowanych manewrów na kolejno po sobie następujących skrzyżowaniach. Nie wiecie co tracicie! Bystrym trza być i uważnym, jak mawiał pewien baca!
Ruszamy na odcinek, najpierw krótka nawigacja wokół terenu elektrowni, potem wyjeżdżamy z miasta. Cały czas szukamy krzyża z pomnikiem, na którym ma stać postać odwrócona tyłem do drogi. Mamy tam wykonać pierwsze zadanie. Nie wiemy gdzie ten pomnik może być, jedziemy więc wolno. Nagle miga mi po prawej w lesie jakiś pomnik czy kupa kamieni. Postanawiamy wracać i sprawdzić, rozjeżdża nam się licznik, musimy teraz nawigować od kratki do kratki. Bożka podaje odległości odejmując kolejne namiary z kratek. Nawet dobrze, błędy licznikowe nam się nie nawarstwiają i wszystko się doskonale zgadza. Niestety, tajemniczy betonowy obiekt w lesie to tylko stare fundamenty, nawracamy i kontynuujemy jazdę. Łapiemy po drodze pierwszą, i jak się okaże na mecie, jedyną kopalnię Jan Kanty. Taki kawał świata objechać w terenie górniczym i tylko jedną kopalnię organizator przygotował? Ano tak!
Prosta jazda strzałkowcem doprowadza nas do kratki nr 14. Tuż przed nią odnajdujemy pomnik papieża, który odwiedził miasto w 1999 roku.
Zatrzymujemy się przy ulicy i biegniemy obejrzeć pomnik z bliska. Jest olbrzymi.
Popędzam Bożkę, nasze auto widoczne jest z daleka, inni zawodnicy mogą nie skojarzyć tego miejsca z zadaniem.
Szybko odjeżdżamy, kątem oka widzę załogę, która ostro hamuje jakieś 300 m za pomnikiem.
Wypatrzyli nas, cofają. My gnamy dalej, nagle droga ostro ucieka w lewo, nie mam takiego manewru opisanego, jadę więc prosto.
Zwalniam mocno, bo hopa jest niezła.
Bożka nie obserwująca drogi, zajęta czytaniem itinerera nie przygotowała się na mocne opadniecie samochodu.
Dostało mi się! Mam uprzedzać...Wjeżdżamy w boczną dróżkę, która kończy się szutrowym placykiem.
"Maliny" - mówi żona. Nie, nie, kochanie, zaraz ci coś pokażę.
Dojeżdżam maksymalnie do końca placu i nawracam - wskazuję pilotowi tablicę, widziałem ją już wcześniej od drugiej strony.
Jak to mówią, starego wróbla na g... nie posadzisz.
Zapisujemy tablice w karcie drogowej i "latająca" kratka nr 15 pozwala nam wrócić na trasę rajdu.
Myk jest tak pomyślany, że przeoczywszy nawet 15 namiar jedzie się nadal w rajdzie.
Włączamy się na główną przepuszczając skręcających w lewo dwie załogi. Jedna z nich to nasi sąsiedzi z domku.
Jadą dostojnie swoim mercem. Nic nie zauważyły, jadą dalej, może od przodu nie widziały naszych numerów na drzwiach.
Jedziemy teraz w okolice centrum handlowego, autor trasy puszcza nas mostami, estakadami, robimy pętelkę i wjeżdżamy na parking Leroy Merlin.
Tu odnajdujemy miejsce, gdzie lądował śmigłowiec papieża.
Robimy zdjęcia i kierujemy się w kierunku Czeladzi.
Z moment parskamy śmiechem. Zadanie brzmi "Jakie jaja ma Skarbek?"
Bo to że ma, to jest pewne! Szukamy tablicy, billboardu, czegokolwiek.
Jedziemy już dłuższą chwilę i nagle oczom naszym ukazuje się napis: "Skarbek. Super jaja z własnej fermy".
Skrupulatnie odnotowujemy ten fakt w karcie drogowej.
Wjeżdżamy do Czeladzi, informuje nas o tym zielona tablica początku miejscowości.
Jej umiejscowienie jest dla nas jednak mocnym wyzwaniem.
"Piszemy" ją czy traktujemy jako fałszywkę? Stoi przy naszej drodze czy przy drodze równoległej?
Ta druga droga to tylko zatoczka autobusowa czy rozwidlenie dróg?
Ostatecznie postanawiamy wpisać CZ do karty. Bożka każe mi teraz skręcić w prawo "na ścianie z odchodami".
Spoglądam w itinerer, no tak, ściana jak żywa, a od niej odchodzi kilka uliczek.
Dojeżdżamy do zabytkowej dzielnicy miasta, oglądamy stare, robotnicze domy i kościół w Czeladzi Piaskach. Odpowiadamy na pytanie turystyczne, zawracamy i po kilku kilometrach dojeżdżamy do PKC-1.
Tu już czeka na nas Bogusia, wręczając olbrzymie kanapki z pysznym mięskiem.
Mniam, do tego banan dla uzyskania dodatkowej energii.
Czeka też i Jacek w gustownym słomkowym kapeluszu, któremu w samo południe wręczamy dokumenty z I etapu.
Jacek na tle starej bramy i napisu "Zakład mechaniczny" wygląda naprawdę godnie i wytwornie.
Otrzymujemy papiery na II etap.
Przed startem musimy zwiedzić jeszcze Galerię Elektrownia.
Budynek starej kopalnianej elektrowni znalazł jakże ciekawe zastosowanie.
W poindustrialnej hali, pełnej starych, zabytkowych maszyn elektrycznych rozwieszone są i poukładane prace artystów.
Doskonały pomysł.
My, ze względu na elektryczny charakter rajdu mamy zapoznać się jedynie z wyposażeniem dawnej elektrowni.
Zwracamy jednak i uwagę na rzeźby i prace plastyczne. Najstarsze zainstalowane tu maszyny pochodzą z 1903 r.
Oglądam sprężarki, rozdzielnie, angielskie prądnice prądu stałego, zabytkowe mierniki, kilowatomierze, woltomierze.
Kilku maszyn nie udaje mi się nawet zidentyfikować.
Nad całością góruje olbrzymi dźwig, którego hak zwisa na grubych łańcuchach.
Czas biegnie, musimy opuścić Elektrownię i ruszyć na trasę.
Jedziemy po Czeladzi, trasę w itinererze urozmaicają wstawki Maćka: "nikt nie wie, jak narysować to skrzyżowanie, jedź po prostu na Kraków".
Za moment kilka skrętów na tzw. "krzyżach" i znowu: "to skrzyżowanie mogłem narysować, ale mi się nie chciało, jedź jak na Kraków".
Po drodze mijamy Hutę Bankową, pojawi się potem w testach turystycznych.
Dojeżdżamy do Starej Dąbrowy, po wjeździe w bramę odnajdujemy nie bez pewnych kłopotów Muzeum Sztygarkę.
Powinniśmy je zwiedzić, ale na razie jest zamknięte, kustoszka nie zdążyła na czas.
Oglądamy na zewnątrz ogromną prasę, przy okazji odpowiadamy na pytanie z zadania turystycznego.
Studiuję tablice pamiątkowe na ścianach muzeum. W pewnej chwili Wojtek zwołuje wszystkich, muzeum otworzono.
Odwołał mnie od tablic, nie zdążyłem ich doczytać, to się zemści...
Były na nich odpowiedzi na 2 pytania zawarte w końcowym teście.
Zwiedzamy 2 sale muzealne, czasu mamy sporo, nie spieszymy się.
Oglądamy kamienne ozdoby: przęśliki, kabłączki z brązu, ciężarki, toporki, także płuczkę polską i piec hutniczy.
Dowiadujemy się o odkrytym tu skarbie hutnika - znalezionych monetach srebrnych i 2 kg srebra.
Podziwiamy zabytkowe galwanometry, watomierze i amperomierze, studiujemy też historię Adama Piwowara, geologa, prezydenta Dąbrowy Górniczej w latach 1917-1923.
Sprawdzam, jakiej marki była maszyna do pisania p. Piwowara oraz jak wyglądała jego pieczęć.
Wystarczy, drobniejsze szczegóły pomijamy, dokładnie te, o jakie zapyta potem na mecie Jacek.
Wsiadamy znów do rozgrzanego samochodu i ruszamy nad Białą Przemszę.
Po kilku kilometrach itinerer informuje nas, że na tym odcinku "asfalt zwinięto".
Zwalniamy, za nami unosi się pióropusz pyłu.
Mamy kłopot ze zdjęciami, na pierwszym odcinku udało nam się odnaleźć tylko jeden obiekt, teraz nie mamy nic.
Bożka oczekuje, że w tej leśnej okolicy pokażą się może drzewa ze zdjęcia 2. Owszem, są, tuż przed PKC-2.
Obawiałem się, że mogą nam umknąć, ale po dojechaniu do nich wszystko stało się jasne.
Znowu samochód zdradza miejsce, ale usytuowanie PKC-u nie pozwala na oddalenie się od drzew.
Zapewne nikt ich nie przegapi. Zatrzymujemy się w okolicy rzeczki, pod krzaczkiem, na foteliku czeka na nas Maciek.
Jesteśmy ponad godzinę przed czasem, nie ma innych załóg. Jechaliśmy naprawdę wolno, przegapiliśmy coś?
Nie, czas został tak ułożony, ze jest duża rezerwa. Szkoda, mogliśmy dokładniej zwiedzić Sztygarkę.
Maciek częstuje pączkami i wodą.
Siadamy na trawie i wyczytujemy wiadomości o miastach, zabytkach, elektrowniach i studiujemy plan rozwoju Czeladzi na następne kilka lat.
Ho, ho, mają rozmach!
Zaczyna się chmurzyć, Wojtek z Maćkiem postanawiają przyspieszyć wyjazd z PKC.
Wszystkie załogi już są, więc piszemy test BRD i pierwszej pomocy przedmedycznej.
Rzucamy się z Bożką na pytania, są długie i zawikłane.
Znamy postanowienia kodeksu, ale tu trzeba dokładnie zwracać uwagę na szyk pytań, czy organizator nie przemycił gdzieś niewinnego słówka "nie", czy nie odwrócił zakazu i czy nie pyta o procedury odwrotne.
Pierwszą stronę robimy dokładnie, nie mamy tu błędów, odwracamy kartkę i czytamy kolejne pytanie.
Nad nami pojawia się sędzia i prosi o oddanie testu. No bez przesady!
Podobno czas czytania testu był sprawdzany, ale czytania ze zrozumieniem?
Organizator postanawia dodać minutkę widząc, że załogi nie nadążają.
Czytam po łebkach, zaznaczam pierwsze lepsze odpowiedzi
. Te są poprawne, ale to test wielu wyborów - z pewnością błędów będzie co nie miara.
Dostajemy z testu 10 punktów karnych, spodziewałem się. Inne załogi robią też mnóstwo błędów.
Najlepiej test rozwiązali Michał z Magdą - otrzymali tylko 4 punkty karne.
Ostatni etap III jest w pewnej części jazdą po mapie - to jest to, z czym prawdziwy turysta spotyka się na co dzień.
Nie rozumiem dziwnej awersji wielu organizatorów do stosowania tego typu itinerera.
Przejazd jest prosty, uważni i spostrzegawczy nagradzani są zdobyciem dodatkowych PKP-ów w punktach z prostymi detalami.
Przed Sławkowem znajdujemy kolejny obiekt ze zdjęcia, okazuje się, że mamy ich komplet, nie było czym się martwić.
Czwarte zdjęcie ukazuje centrum Szanghaju z plątaniną kabli. Dobry pomysł na fałszywkę.
Dojeżdżamy do kratki nr 3, w której podane jest, że mamy wykonać 2 x L.
Pamiętam opis tego węzła na odprawie, Maciek informował, żeby nie wykonywać tych manewrów na jednym skrzyżowaniu.
Bożka zapisała sobie: "wykonać na 1 skrzyżowaniu".
Atmosfera w samochodzie psuje się, oboje staramy się przekonać do swoich racji.
Na kolejnym skrzyżowaniu, gdy nie zrobimy "lewo" to wyjedziemy w pola, a po skręcie osiągniemy rynek Sławkowa, który szukamy.
Dla mnie sprawa jasna. Bożka oponuje. Jadę jednak w lewo udowadniając poprawność rozumowania.
Na szczęście na rynku wychodzimy z samochodu, atmosfera się rozładowuje.
Oglądamy knajpę - Austerię stojącą przy drodze. Zwana jest Pierwochą.
Bożka kieruje się ku urzędowi miasta, ja oglądam kapliczkę poświeconą Św. Florianowi i zabytkową, drewnianą studnię.
Oto treść zadania do rozwiązania na rynku: "Szewc boso chodził, murarz był łysy, kupiec zbierał znaczki, dr medycyny miał rower, a inżynier mieszkał w czerwonym domku.
Jak miał na imię szewc?" Proste, szewc to Kaziu! Jeden z założycieli Republiki Sławkowskiej.
Wydarzenie to ze szczegółami upamiętnia stosowna tablica.
Teraz gnamy ku lokomotywie, która poci się ze strachu, że pójdzie na żyletki.
Ważący 76,5 t w stanie próżnym parowóz typu TY 2 stoi dumnie na trawniku.
Zbyt szybko przeliczam jego masę na żyletki. 76,5 t to wg mnie 76 mln gramów.
Gdzieś zgubiłem, bagatela, 500 tysięcy żyletek.
Na mecie próbuję się usprawiedliwiać, że przecież ze szkła okien i reflektorów oraz gumy węży łączących tender parowozu z instalacją ciśnieniową żyletek się nie robi. Trzeba odjąć masę także drewnianych gretingów z kabiny parowozu. Mój dowcip nie znajduje uznania u Maćka, który stwierdza, że nie ma żadnego przeciwwskazania, aby dodawać szkło do żyletek - są wtedy bardziej ostre. Z obowiązku czytam, że parowozik ma moc 1070 KM i może zapylać z prędkością do 80 km/h.
Stąd prosta nawigacja do bazy rajdu i o czasie oddajemy kartę drogową.
Etap samochodowy się zakończył - teraz pora na rozrywkę elektryczną.
Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła