Arjano Navi Team - Rzeszów

Dzwony na cemntarzu

Oddajemy kartę z odpowiedziami i otrzymujemy itinerer na kolejny odcinek. Startujemy o 12:50, na mecie musimy być o 14:40. Ruszamy do Grzegorzowic. Na drugim kilometrze dojeżdżamy do starego cmentarza w Łubowicach. Jest to miejsce pamięci Josepha von Eichendorffa i członków rodziny poety. Na małym cmentarzu, wśród kamiennych tablic, kamieni młyńskich i dzwonów umieszczono fragmenty wierszy w polskim przekładzie ks. Jerzego Szymika. Hołd spoczywającym tutaj można oddać uderzając w dzwony, w św. Urbana lub w św. Marię.

Teraz na skrzyżowaniu typu rozbudowana ściana mamy skręcić w lewo. Przy głównej stoi PKP. My jedziemy mocno "nawigacyjnie" wybierając najkrótszą drogę na tym skrzyżowaniu przejeżdżając jego wysepkami, traktując element jak detal. Opuszczamy PKP i traktujemy go jako fałszywy. Zapis taki sprawił sporo kłopotów załogom. Na mecie odbędzie się długa dyskusja jak ten fragment trasy należy interpretować i co najważniejsze, jak jechać. Zgadzamy się z interpretacją, że jazda po najkrótszej drodze odbywa się wg mapy, a nie może mieć miejsca w tafelku "z natury". Kodyfikacja turystyczna nie dopuszcza także stosowania detali. Jedyne rozwiązanie dla tej sytuacji drogowej widzimy w przecięciu niektórych dróg w tafelku opisującym rozbudowane skrzyżowanie. Organizator anuluje ten PKP.

Ruiny zamku

Zamek w ruinie

Kolejny tafelek itinerera z zadaniem nr 15. Jego zapis też jest zupełnie niejasny. Brak strzałki wyjazdowej, informacji, że np. trzeba zawrócić. Na wprost mam zakaz ruchu, próbuję jechać w boczną drogę, ale nie chcę plątać się po prywatnej posesji. Wycofujemy, oglądamy ruiny zamku, nawracamy i kontynuujemy jazdę. I taki zapewne był zamysł autora trasy. Przy kościele znajdujemy pomnik pokoju, z wyrytymi na nim napisami "Ora et labora pro pace". Następnie prostą nawigacją dojeżdżamy w pobliże ruin zamku. Do lat 60 tych zamek był jeszcze wykorzystywany, teraz to totalna ruina. Trzydzieści kilka lat to tak dużo? Szybka przebieżka po parku i udaje nam się odnaleźć kolejne zdjęcie. Oto fragment ściany szczytowej zamku. Tuż pod zwieńczeniem dachu tarcza zegarowa, niestety zegarowi brak wskazówek.

Agnieszka i strusie

Tak wygląda jajo strusia

Ale jaja

Teraz szybka jazda do zadania nr 19, gdzie czeka na nas niespodzianka. Parkujemy na drodze i zgodnie ze wskazówkami udajemy się wzdłuż białego płotu do oddalonej posesji z czerwonym dachem. Miejsce okazuje się być farmą strusi pana Franciszka Ryborza. Oglądamy te piękne ptaki, ich jaja, wydmuszki i przygotowane pisanki. Gościnny gospodarz częstuje nas posiłkiem i chłodną wodą. Możemy dzióbnąć jajecznicy z jaja strusia. Bardzo to miłe i pozwala na chwilę wytchnienia. Jajecznica smakuje podobnie do kurzej, choć Miłosz twierdzi, że się nie znam, bo jajecznica jest wyborna i ma wszystkie inne pod sobą. Sporo załóg obdzielono zapewne jajecznicą z jednego jaja, biorąc pod uwagę jego wielkość. Dodatkowa zaleta: jajo strusia nie zawiera cholesterolu. Dowiadujemy się, że hodowla liczy 5 sztuk strusi oraz, że mięso tego ptaka jest niezwykle chude i praktycznie bezsmakowe. Wymaga podawania ze skwarkami lub opiekania na oleju lub faszerowania np. boczkiem lub słoniną. Dzieciaki sprawdzają pióra i karmią strusie trawą.

Jajecznica z jaja strusia

Posilamy się

Struś

Zrelaksowani udajemy się na dalszą część odcinka. Odnajdujemy pomnik przy kościele, który wskazuje poziom wody podczas pamiętnej powodzi w 1997 roku. Patrzę na kamień i Bożkę - woda kryłaby ją w tym miejscu... Za moment odnajdujemy sówkę ze zdjęcia. Właściwie to są dwie, każda na swoim filarze bramy. Zbliżamy się do próby sprawnościowej SZ-2. Podjeżdżamy na wał przy rzece, gdzie na zamkniętym odcinku drogi przeprowadzana jest próba zrywu i hamowania. Dzieci wysiadają, czekają na nas pod czujnym okiem sędziów, a my ustawiamy się do próby. Zdzisiek precyzyjnie ustawia nas na starcie i podaje wszelkie potrzebne informacje. Pełny profesjonalizm. Start! Ruszam, jedynka, dwójka, kończy się droga, zbliżają się słupki, pomiędzy którymi należy wyhamować. Depczę hamulec, mamy drugi czas rajdu o 0,5 s gorszy od Jarka jadącego mercedesem.

Pomnik powodziowy na trasie rajdu

Śluza Koźle

Zawracamy, dzieciaki pakują się do wozu, do mety już niedaleko. Spieszymy się, zostało nam tylko 8 minut czasu. Droga powrotna do głównej nie jest precyzyjnie opisana, co chwilę pojawia się jakaś niby ściana lub skrzyżowanie. Wybieramy jednak jazdę po asfalcie, bo wg mapy mamy dojechać do Koźla. Na głównej jest już znacznie lepiej. Wpadamy do miasta, mijamy Muzeum Ziemi Kozielskiej, byliśmy tu w sobotę. Nawrotka na placyku i wzdłuż murów obronnych wyjeżdżamy do centrum. Kilka manewrów na kolejnych skrzyżowaniach i znajdujemy się znowu nad Odrą. Tuż obok pięknie odnowiona śluza Koźle. Szybki rzut oka na konstrukcję i okolicę. Znajduję na skwerku pomnik poświęcony ludziom, którzy ratowali miasto podczas powodzi w 1997 roku. Pomnik nosi datę: lipiec 2005 r. Hmmm, mamy dopiero czerwiec tego roku... Zapewne widzimy pomnik nie odsłonięty jeszcze :-)

Nieodsłonięty pomnik

Teraz na most, przy nabrzeżu jachtklubu Szkwał. W dole widzimy zacumowane pływadła. My objeżdżamy wyspę na drodze i skręcamy wprost na metę. Oddajemy kartę drogową, nie obyło się bez spóźnienia, mamy 10 minut w plecy... Można było nie jeść tak długo jajecznicy :) Dostajemy test turystyczny, odpowiadamy na pytania z trasy. Te są łatwe, nie sprawiają nam kłopotów. Parkujemy samochód i idziemy coś zjeść, dostaliśmy przecież talony. Na mecie na przyczepie campingowej widzimy wywieszone rozwiązania testów, zdjęcia obiektów z opisami, właściwy przejazd zaznaczony na mapie i... rozwiązania testów turystycznych! Przecieramy oczy ze zdumienia! Kolejne załogi zatrzymują się dokładnie przed tablicą. Mają możliwość studiowania materiałów. Część załóg, które już przyjechały także głośno komentują odpowiedzi. Zwracam uwagę organizatorce, że należy natychmiast odpowiedzi zdjąć z tablicy. Krótka odpowiedź, że to "już ostatnie załogi", kartka zostaje "zasłonięta ciałem". Po chwili zostaje zdjęta. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, gdy karta znowu zostaje upubliczniona. Z kronikarskiego obowiązku podaję, że teraz na metę dotarły jeszcze kolejne załogi... Oj, duży błąd. Wojtku, tak nas szkoliłeś ? :-)

Wiszą odpowiedzi a rajd jeszcze w toku

Wchodzimy do ogródka i przy stolikach oczekujemy na posiłek. Cierpliwość nasza zostaje wystawiona na próbę, niestety, nie będzie to próba ostatnia, później będzie tylko gorzej... Po 45 minutach otrzymujemy skromną jedną kiełbaskę i pół kromki chleba. Na więcej pieczywa gastronomia nie jest przygotowana. Ponieważ drugi talon załogowy przysługuje do realizacji na terenie znajdującym się po drugiej stronie drogi zastanawiamy się, czy dzielić się teraz kiełbaską, czy na razie kierowca powinien się posilić. A może pilot ma pierwszeństwo? Kolejne załogi przybywają, zaczyna się totalne czekanie... Ktoś rzuca hasło, że zawodnicy teraz mogą popływać czymś po Odrze. Ruszamy w kilka załóg nad brzeg rzeki. Oglądamy pływadła, wiele połamanych po wyczerpującej trasie spływu, kilka wpół zatopionych.

Jakże skromy posiłek

Czyżby to na ich pokład mielibyśmy wejść? Nikt nic nie wie... Robimy spacer tam i z powrotem, w końcu stajemy pod mostem. Po kilkunastu minutach telefon do organizatora - mamy czekać, szef już idzie. Przechodzimy wszyscy na koniec nabrzeża i ustawiamy się przed cuchnącym olejem pchaczu. No, to może być atrakcja, czymś takim jeszcze nie płynąłem. Stoimy, czekamy, w końcu siadamy na trawie. Nie dzieje się nic... Jakieś kłopoty z odpłynięciem. Jako ersatz wchodzimy na pokład małego pchacza, gdzie znudzony załogant pokazuje nam wnętrze jednostki. Sterówka, tu silnik, ciasny kambuz, na rufie grilujące towarzystwo. Czujemy się trochę nieswojo, że wchodzimy między wódkę a zakąskę... Czym prędzej wyskakujemy na ląd. Nie doczekaliśmy się rejsu, rezygnujemy mimo nalegań dzieci, że "chcą popłynąć". Pada informacja, że zostały wywieszone wyniki. Rajd wygrywa Grzesiek z Marcinem, na drugim miejscu plasują się Piotr z Monika, na trzecim zaś Jacek z Darkiem. Marcin z Magdą zajmują VIII pozycje, my zaraz za nimi. Wygrywam focusem próby sprawnościowe, w rajdzie brakuje nam jednego PKP-u, owej dyskusyjnej 69 i źle określiliśmy materiał, na którym był wyryty pamiątkowy napis w zabytkowej kaplicy cmentarnej. Zadania testowe prawie idealnie, z jednym błędem w przepisach BRD. To nas cieszy, lektura kodeksu drogowego przynosi teraz wymierne korzyści. :-)

Nadal czekamy

Czekamy cierpliwie

Wywieszono wyniki

Jesteśmy już mocno zmęczeni i znużeni a tu jeszcze ponad 360 km do domu. Żałujemy, że dzisiaj nie jest sobota. Niedzielny rajd to jednak nieporozumienie, choć rozumiemy organizatora, że chciał połączyć dwie imprezy i uatrakcyjnić finał. Dla załóg przyjeżdżających z daleka to dodatkowa próba nerwów i wytrzymałości. Czy można jednak łączyć ogień z wodą? Nie opuszcza nas permanentne przeświadczenie, że rajd jest przy "Pływadle" jedynie malutką doczepką. Osobiście wolałbym kameralne zakończenie wśród rajdowej braci. Teraz czekamy w tłumie piratów, żeglarzy, kapitanów i bosmanów, co chwilę dostajemy po głowie trójzębem Neptuna. Gdzie nasi znajomi? Gdzie załogi? Oj, pogubiliśmy się totalnie... Brakuje atmosfery, zwyczajowej "integracji" załóg z różnych klubów przy wspólnym stole. Brakuje także obiecywanego Zygmunta Chajzera z PR1... ale to drobiazg.

Na kazimierski rynek

Widok na Janowiec i Wisłę

Znajdujemy organizatorów pod sceną, a więc już za moment, już za chwileczkę... Na scenę wchodzi jednak zespół shantowy Perły i Łotry. Sami śpiewamy shanty, jesteśmy też żeglarzami, więc słuchamy z przyjemnością, choć dzieciaki ciągną za rękawy i domagają się powrotu do domu. Kończy się koncert, teraz my! Niestety, najpierw zakończenie konkursu pływadeł, nasi organizatorzy znowu nie mają szansy na głos. Nie możemy już dłużej zostać, i tak dojedziemy za kilka godzin do domu późną nocą... Wsiadamy do auta, przed nami długa trasa powrotna. A rano do pracy... Po drodze wyprzedzamy jeszcze wóz "naszego" zespołu shantowego, któremu też spieszno do Tych... Dojeżdżamy w połowie nocy...

Widok na Janowiec i Wisłę



A tam, w gościnnym Koźlu impreza trwała nadal, wciąż nowe zespoły występowały na scenie, Neptun pozował do kolejnych zdjęć, kiełbaski skwierczały na grilach i tylko pływadła kołysały się spokojnie w takt wieczornej odrzańskiej fali...



wstecz powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła