Arjano Navi Team - Rzeszów
Jedziemy dalej, kilka prostych manewrów, przejeżdżamy przez wieś o fascynującej nazwie Bzite, zaraz potem znowu szutrówka biegnie prosto a asfalt łukiem zakręca w lewo. Tylko lekko hamujemy, mając doświadczenie nie przejmujemy się taką topografią skrzyżowania.
Zwiedzamy ładny, drewniany kościół w Borowinie, który fundował Kazimierz Krasiński. Podoba nam się obraz św. Mikołaja z podpisem "Mikołaju Święty, do nieba wzięty, od bydła patronie, miej nas w obronie". I jakie piękne hasło na murze świątyni: "Panie, Dobrze Nam tu Być!".
Czas nieubłaganie biegnie, a my jeszcze mamy ponad 16 kilometrów do mety odcinka. Jeszcze tylko szybkie zwiedzenie neogotyckiego kościoła św. Bartłomieja w Łopienniku, z ołtarzem głównym wykonanym z dębu i prujemy na ostatnie zadanie. Za nami Anka z Tomkiem, przed nami jeszcze jakaś załoga. Droga super, szeroka, obszar niezabudowany, pozwalamy sobie przyspieszyć. Pilnujemy namiarów, za moment zadanie ostatnie, trzeba odnaleźć cmentarz wojskowy. Na namiarze 11,3 km nic nie widzę, ale hamuję zatrzymując się przy drodze. Obie towarzyszące załogi pędzą na złamanie karku na metę odcinka. Nie zatrzymują się. Ale to przecież my jedziemy z numerem 1. Widzę poniżej drogi białe resztki bastionu, czy bramy, na nich tablica, nie do odczytania z drogi. Schodzę z ostrej skarpy wcześniej przeciskając się, nie bez trudu, pod barierką ochronną. Mam! Cmentarz wojskowy w Łopienniku Nadrzecznym, z I wojny św. Założony w 1915 r. Pochowani są tu żołnierze armii carskiej oraz niemieckiej i austriackiej. Łącznie 595 pochowanych. Gramolę się po trawie na drogę, wsiadam i za moment meldujemy się na PKC-u. Uff, dążyliśmy, zostały 3 minuty. Teraz obiad...
Po smacznym i gorącym obiedzie humory dopisują, siadamy na zewnątrz restauracji przy stoliku i porządkujemy notatki z trasy. Za moment przystępujemy do testów. Organizatorzy rozsadzają załogi tak, by klubowe teamy nie siedziały przy sobie, każdy rozwiązuje testy sam. Te nie są trudne, odpowiadamy, że Pawłów dawniej zwał się Łyszczem, że żona Aleksandra III miała na imię Maria i że pomnikiem przyrody na rynku w Chełmie jest ajlant. Wiemy jak uzyskuje się garnki siwaki, co to jest pierśnica i kim był Paweł Fontana. Nie wiemy tylko, że cerkiew chełmska została wzniesiona na potrzeby rosyjskiego garnizonu.
Ruszamy do odcinka drugiego, Grzesiek przestrzega, byśmy nie jechali zbyt szybko i dali mu dotrzeć przed nami na metę. Dostajemy kartę z 6 zdjęciami, o szybkiej jeździe nie może być mowy, musimy dokładnie wypatrywać obiektów. Dzisiaj szukamy małego wiatraka, ławeczki wspartej na 3 nogach, głazu, krzyża, drzewa i cudacznego budyneczku, wg nas przerobionego z przystanku autobusowego. Podobno 2 zdjęcia są fałszywe. Ruszamy. Już na 3. kilometrze mamy próbę SZ. Ustawiamy się przed linią startową. Sędzia odlicza i start! Próba jest łatwa, szybka, slalom na przyczepnej kostce. Mamy najlepszy czas! Tylko, że jesteśmy pierwszym samochodem, który próbę ukończył. Na mecie okazuje się, że wygrywamy także SZ w swojej klasie i bezwzględnie w generalce.
Na wyjeździe z próby zerujemy licznik, po 200 metrach na STOPie skręcamy w lewo, potem po 400 metrach dojeżdżamy do ronda. W kratce widnieje tajemniczy zapis P 7. Nie znajdujemy żadnego opisu, co mamy w tym punkcie zrobić. Wertujemy itinerer, odwracamy na wszelkie strony, nie ma. Decyduje się zadzwonić do Grześka, za moment oddzwania - zlekceważyć, mały błąd.
Na 800 metrach mamy skrzyżowanie typu krzyż i zaznaczoną pozycję kościoła, gdzie mamy odnaleźć odpowiedź na pytanie jak nazywał się dawniej Krasnystaw. Parkujemy przy świątyni i przedzieramy się przez zwarty tłum do wnętrza. Jeden ślub odbywa się w środku, goście i para młoda drugiego oczekują na zewnątrz. I jak tu szukać cokolwiek? Przeciskam się dyskretnie między weselnikami, docieram do tablicy, spisuję, że miasto zwało się dawniej Szczekarzów. Z ulgą wychodzę na zewnątrz, oglądamy jeszcze pomniczek Matki Boskiej z dziwnymi tekstami o zawalaniu się bazyliki, znakach na niebie i ziemi, wyciu wiatrów i gniewie bożym. Wsiadamy do wozu, jedziemy, widzimy, że załogi zatrzymują się przy magistracie i pomniku żołnierza.
Pytam Bożkę dlaczego? Twierdzi, że nie ma powodu. Mamy do dojechać do ściany na 0,9 km i skręcić w lewo, a magistrat jest wcześniej, na 0,85 km i nie jest zaznaczony jako obiekt do zwiedzania. Opuszczamy. Na mecie żałujemy, dwa pytania dotyczą tych obiektów. Hmmm, jesteśmy zawiedzeni. Strzelamy źle, tracimy punkty. Sądzimy, że kluczem do zagadki może być owo tajemnicze P7, któremu zginął opis.
Wyjeżdżamy z miasta, teraz powoli, szukamy zdjęć. Jedziemy i jedziemy, nic nam się w oczy nie rzuca.
Mijamy kilka miniaturek wiatraków, lecz nie pasują one do zdjęcia.
Przy większości kościołów śluby, orszaki weselne, bramy, co za sobota! Nagle jest drzewo!
Prawie byśmy je przegapili. Cofam, tak, to drzewo ze zdjęcia.
Wpisujemy numer kratki, po której wystąpiło i ... za moment odkrywa się przed nami ławeczka.
Dojeżdżamy do obiektu, którego przeszłość musimy określić.
Pokaźne dwie metalowe beki mówi wyraźnie, że musiał tu być gorzelnia.
Informacji takiej nie ma nigdzie, ale potwierdzamy informację u obecnego właściciela budynku z czerwonej cegły.
No, na łuszczarnię szyszek nijak nie pasuje...
Oglądam zabytek, znajduję na szczycie wieży rok 1909, tajemniczą koronę i samotną literę S.
Może o coś zapytają na teście?
Kolejne kilometry dość nudne, dłużyzny, nic się nie dzieje, ot taka przejazdówka przez chełmskie płaskowyże. Łapiemy jeszcze krzyż ze zdjęcia, który co prawda stoi przy bocznej drodze, ale bez wątpienia to ten. Mijamy granice Chełma, wiemy już, że zgubiliśmy jedno zdjęcie, tutaj w centrum nie znajdziemy na pewno białego głazu. Maleńka nawigacja po rondach i jesteśmy na mecie przed Urzędem Miasta.
Tuż po mecie ostatni test turystyczny. Odcinek był krótki, test ma zatem tylko 7 pytań. Nie wiemy, w której ręce trzymał żołnierz karabin na pomniku w Krasnymstawie, to pokłosie błędu w itinererze. Pozostałe pytania są dla nas łatwe i błędu już nie popełniamy.
Rajd się skończył, czeka nas jeszcze przygotowane przez organizatora zwiedzanie chełmskich podziemi, na luzaka i bez notowania. Fajnie będzie.
Pojawiają się wzorcówki, wszystko prawie się zgadza, przerabiają tylko konia z herbu Siennicy Różanej na jednorożca i prędkość na obszarze zabudowanym z 90 km/h na 50 km/h. I już wchodzą wyniki rajdu, tempo iście zawrotne. Rajd Bieluch'2007 wygrywają Michał z Magdą, pięknie pojechali, my zdobywamy 2 miejsce, na trzecim Jacek z Darkiem. Zwycięzcy obdarowywani są ciekawymi dyplomami malowanymi, jak każe bieluchowa tradycja, na desce i nagrodami. Małe co nieco znajduje się i dla najbardziej pechowej załogi...
Rajd "Bieluch - Biomlek" zostaje zamknięty...
Pytaniem otwartym pozostaje: "Co z mistrzostwami, rundą TMMP?"
A reszta jest milczeniem...
Nie wolno tracić humoru, czeka nas podziemny spacer, Bożka przeczuwa, że duch Bieluch coś tu namieszał, może się zaraz wszystko wyjaśni. Schodzimy do podziemi, wcześniej trzykrotnym udrzeniem kołatką w dębowe drzwi przywołując ducha Bielucha. Przesympatyczna przewodniczka o spiżowym głosie prowadzi nas w biały mrok. Opowiada o historii podziemi, genezie ich powstania, ratowaniu zasypujących się chodników i o duchu Bieluchu. Ten ostatni pojawia się i wychodzi nam na spotkanie. Komandor Grzesiek dobrym człowiekiem być musi, gdyż duch spełnia jego marzenia - nie odnajduje co prawda pucharów, ale przekazuje dla zawodników wypasione i wyrośnięte statuetki duchów Bieluchów. Niektórych przechodzi dreszcz, gdy muszą uścisnąć duchowi dłoń. Mam nadzieję, że to puchary mistrzowskie, niestety, nadzieja rozsypuje się i niknie niczym rozmoczona kreda, gdy odczytuję grawerowaną tabliczkę...
Droga powrotna mija szybko, na powierzchni już zmrok, żegnamy się z wracającymi dzisiaj do domów.
My przejedziemy jeszcze do Okuninki, gdzie spędzimy noc i pogadamy przy grillu.
Jedziemy kolumną samochodów, droga po całodniowym wysiłku dłuży się, zaczynamy być senni.
W reflektorach widać już skręt nad Jezioro Białe.
Przez uśpioną już poza sezonem miejscowość przejeżdżamy szybko i parkujemy na terenie ośrodka Poczty Polskiej.
Tu szybkie pobranie kluczy do domków, kąpiel i Lechu - Baza wraz z Waldim - Żabą zapraszają na kiełbaskę z grilla, ogórki kiszone i smalec domowej roboty. Siedzimy długo z przyjaciółmi, gadamy, wspominamy, testujemy napitki wszelkiego rodzaju. O północy umawiamy się na poranne grzybobranie i lądujemy w łóżkach. Budzi nas wysokie słońce. Teraz tylko zaczerpnąć z kotła "żabowego" żurku , pożegnać się i pora do domu.
Pomimo późnej pory postanawiamy udać się jednak na grzyby.
Znamy tu kilka miejsc. Jedziemy nad jezioro Święte, potem Glinki.
Obserwujemy, jakie spustoszenia dokonała tu trąba powietrzna i huragan, które przeszły nad lubelszczyzną w sierpniu.
Całe hektary lasu wywrócone, połamane drzewa, wkoło wykroty i jamy.
Chodząc po lesie obserwujemy uważnie poszycie.
Znajdujemy wszystkie prawie gatunki grzybów jadalnych, niestety tylko raz.
Mamy pecha. Przenosimy się na drogę Włodawa - Chełm i w sobiborskich lasach pakujemy dwie pełne reklamówki.
Mamy prawdziwki, mnóstwo podgrzybków, trochę kurek i moje ulubione kanie - sowy.
Zadowoleni wracamy do domu, to był dobry weekend, odpoczęliśmy psychicznie, oderwaliśmy się od problemów dnia codziennego. Warto było!
A przed nami ostatnia runda TMMP w Warszawie. Spotkamy się z przyjaciółmi i znajomymi. Będzie się działo!
| wstecz | powrót do strony głównej |