Arjano Navi Team - Rzeszów
Zjeżdżamy z mety na trasę rajdu, prosty strzałkowiec wyprowadza nas z rynku, po drodze mijamy Teatr "Pomorski Baj". Mamy zidentyfikowane pierwsze zdjęcie. Oglądamy kartę drogową. Takiego dziwactwa nie widziałem. "Fotoobiekty" - aha, jak sama nazwa wskazuje tu należy wpisywać zidentyfikowane zdjęcia obiektów. "Przebieg trasy", zatem tu wpiszemy litery z tablic miejscowości. Na górze tych kratek wpiszemy kilometraż o ile będziemy go posiadać. Tak zrozumieliśmy intencje organizatora. Na mecie okaże się, jak bardzo się myliliśmy... Wpisujemy symbol teatru "4" i kontynuujemy trasę. Prosta nawigacja do kratki nr 6. Teraz szukamy skrzyżowania w kształcie krzyża ze znakiem zakazu wjazdu od czoła. Z prawej strony zauważamy znak drogi głównej i charakterystyczną "kiełbaskę", która mówi, że główna ucieka w prawo. Posłusznie skręcamy tam i szukamy kratki nr 7. Niestety, wjeżdżamy w główną drogę Torunia, tu raczej takiego skrzyżowania nie będzie. Jedziemy jeszcze regulaminowy kilometr i stwierdzamy ewidentne "maliny". Zatrzymuję się na parkingu, znajduję numer do komandora i o godzinie 11:21 dzwonię z informacją, że już na początku trasy jest błąd. Komandor nie bardzo chyba rozumie o czym ja mówię, tłumaczy coś o głównych asfaltowych, żeby nie wjeżdżać w gruntówki i na siłę chce się dowiedzieć, gdzie jesteśmy aby pomóc nam w powrocie. Dziękuję za życzliwą pomoc, twierdzę, że sami się spokojnie odnajdziemy, tylko, że nawrót i kilka świateł po drodze "zje" nam kilkanaście minut z czasu odcinka. Za nami staruje jeszcze połowa zawodników. Dowiadujemy się od nich na mecie, że organizator, mimo posiadania już takiej wiedzy absolutnie niczego im nie przekazał przed startem. Cóż...
Robimy nawrót, podejście do feralnego skrzyżowania jeszcze raz. Od razu upada mit wypisywania kilometrażu na górze kratek karty drogowej. Po takim powrocie mamy ponad 2 km więcej. Kasujemy licznik i jak zwykle jedziemy na namiary od obiektu do obiektu. To daje możliwość uniknięcia dodatkowo nawarstwiania błędów licznika. Trasa prowadzi po kolejnych skrzyżowaniach. Itinerer rysowany jest od ręki, cóż, bardzo rzadko spotyka się już taką formę, nawet na rajdach lokalnych. W dobie rozpowszechnienia komputerów nie jest chyba problemem przygotować opis trasy elektronicznie. Wykonujemy polecenie z kratki 13, wjeżdżamy w lewo na dwupasmówkę, której środkiem biegną tory tramwajowe. Teraz odliczamy 2,35 km i powinno ukazać się skrzyżowanie z kratki nr 14. Przejeżdżamy kilka skrzyżowań, główna "po kiełbasce" każe nam odbić lewo. Przy namiarze 2,35 km nie ma żadnego skrzyżowania. Nie ma go też około 700 m wcześniej ani 1200 m później. Zawiedzeni wracamy ku centrum miasta, jedziemy ponownie. Tym razem, mając na uwadze "numery" organizatora z "kiełbaską drogi głównej" na początku odcinka lekceważymy główną i styczną do skrzyżowania drogą opuszczamy skrzyżowanie jadąc prosto. Niestety, ten manewr też nie jest dobry. Świadczy o tym fakt, że droga "gubi" tory tramwajowe, które są nam potrzebne i staje się jednojezdniowa. Jedziemy regulaminowy odcinek kilometrowy dalej, może droga w cudowny sposób wyrzuci nas na dwupasmówkę z torami. Niestety, nic takiego się nie dzieje...
Wracamy po raz kolejny na główną, te same namiary nic nie dają, kolejny nawrót, jeszcze jeden przejazd ze sprawdzaniem każdego wręcz skrzyżowania. Kolejno nie pasują. Wreszcie dojeżdżamy do skrzyżowania, które "prawie" pasuje do tego z kratki nr 14. A prawie robi dużą różnicę. Namiar nie zgadza się z dokładnością do kilkuset metrów, kształt wysepki, jej rozległość, kąty odejścia dróg są mocno dyskusyjne, ich połączenie z dwupasmówką jest w innych miejscach. Jednak, jeżeli tu skręcimy to dalej pasuje i nie bez kłopotów da się dojechać na teren toru wyścigowego w Toruniu. Na pewno nie da się tam wjechać nawigacyjnie wg. opisu, ale pokręciwszy się trochę po terenie i zaglądnąwszy w jego zakamarki odnajdujemy sędziego i ustawioną próbę SZ. Przed próbą stoi zresztą długa kolejka. Podchodzę do sędziego i proszę o zanotowanie czasu wjazdu załogi nr 15, gdyż ze względu na długi czas oczekiwania poprosimy o neutralizację. Sędzia robi oczy, jakby pierwszy raz słyszał o takiej możliwości. Inne załogi, w tym wzburzony Jacek tłumaczą o co chodzi. Sędzia nagle zmienia front, oczywiście że wie, co to jest neutralizacja i "nie ma problemu". Po próbie zapyta się: "to ile wam wpisać"... Ręce i nogi nam się uginają, przypominam mu o zgłoszeniu czasu naszego przyjazdu...
Sama próba nie jest trudna, o dziwo, pochodzi z regulaminu mistrzostw. Jej układ jest dokładnie taki jak sugeruje Główna Komisja Turystyki. Małym szczegółem jest to, że garaże boczne są jakieś 2 razy mniejsze niż zalecane. Oczywiście podziału na klasy aut dużych i małych nie ma, choć regulamin to dokładnie precyzuje. Obserwujemy walkę auta kombi, które praktycznie na 5 razy musi wjeżdżać do garażu. W końcu osiąga metę. Czas dużo ponad 1,5 minuty. Wg regulaminu strącenie słupka kosztuje tyle, co 3 sekundy. Grzesiek też o tym wie, łebski gość, regulamin należy wykorzystywać na swoją korzyść. Układam sobie tor przejazdu, tu zmiotę słupek wjazdowy, tu wyjazdowy i dostanę 6 s kary. Ruszam szybko, tyłem, przez słupek wjeżdżam do garażu, w mgnieniu oka flaga rusza ku górze, garaż zaliczony! Teraz przez bramkę do garażu przodem, powolne wycofanie, ależ ciasno! I tyłem przez bramkę po słupku do garażu bocznego. Wszystko trwa 47 sekund. Ponad minutę krócej od wcześniejszych poprzedników... Mnóstwo załóg łapie tu taryfę, która obwieszczana jest głośnym "Znowu taryfa, he, he". Sędziemu zalecamy więcej obiektywizmu i powściągliwości emocji.
Jesteśmy świadkami cofania w strefie, po przekroczeniu linii mety. Żadna załoga nie zostaje za to ukarana. Uważamy to za jedną z podstawowych zasad bezpieczeństwa, jej złamanie jest mocno karane.
Staramy się wyjechać z terenu toru, choć łatwe to nie jest. Łatwe w pojęciu nawigacyjnym, zwyczajnie wystarczy przejechać przez jedną bramę z opon, potem drugą, potem skręcić lewo i znowu na prawie-ścianie w lewo. W itinererze brak tych zapisów. Ograniczono się tylko do zapisu "przejedź przez bramkę z opon". Tak bowiem interpretujemy 3 małe kółeczka po obu stronach trasy. Czyni to ciekawy paradoks, że na próbę SZ wjeżdżało się przez 2 bramy z opon, a wyjeżdża się wg itinerera przez jedną, mimo, że pokonuje się trasę identyczną, jedynie pod włos...
Impreza zaczyna być nerwowa, pryska gdzieś czar poznawania nowych terenów i radosna jazda do przodu. Zaczynają się bowiem owe tajemnicze punkty TPKP. Pamiętamy, że w miejscach tych mamy odnaleźć tablicę z nazwą miejscowości i wpisać dwie pierwsze litery jej nazwy do karty drogowej. To jest proste. Gorzej z wyszukaniem obiektu, który mamy zwiedzić. Dojeżdżamy do pierwszego w itinererze punktu PKP. Wpisujemy "Pi" jak Piwnice. Tuż obok znajduje się strzałka "Centrum Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Piwnicach". Nie jest to co prawda obiekt zabytkowy, ale pewnie chodziło organizatorowi o niego. Skręcamy z głównej, dojeżdżamy do bramy centrum, jest zamknięta, wejście do parku możliwe tylko w zorganizowanych grupach. Dozorca nic nie wie na temat rajdu i możliwości wpuszczenia zawodników. W oddali widzimy potężny 32 metrowy radioteleskop RT-4, trzeci co do wielkości w Europie. Poznajemy obiekt ze zdjęcia, ale zwlekamy z wpisem do karty, zobaczymy go pewnie z innej perspektywy z drogi głównej.
Innego obiektu w tej wsi nie znaleźliśmy. O d tego czasu przestaje się sprawdzać wyjaśnienie organizatora dotyczące TPKP. W wielu miejscowościach nie ma nic godnego uwagi poza stojącą w polu tablicą z nazwą miejscowości. Tereny przez które jedziemy są nudne aż do bólu, pola, łąki, wąskie drogi posiadające lewy pas asfaltowy a prawy szutrowy. Zaczynamy mieć powoli dość wyszukiwania obiektów godnych zwiedzenia. Zatrzymujemy się przy większych kościołach. Inne załogi widząc nasze auto hamują z piskiem i z notesami wchodzą do świątyń. Pytam, dlaczego tu się zatrzymały. Odpowiadają: "A wy?" Po drodze mijamy skrzyżowania, na których prosto, po stycznej do zakrętu odchodzą drogi gruntowe. Na szczęście przypominam sobie, ze organizator wspominał na odprawie, że po nich nie jeździmy. Zakręcamy zatem asfaltem...
Przez Sławkowo i Kuczwały dojeżdżamy do PKC-1. Jesteśmy o czasie, oddajemy kartę drogową. Sędzia żąda od nas zwrotu naszego itinerera z tego odcinka! Czy jeszcze dużo takich zdziwień nas czeka? Kategorycznie odmawiamy, po pierwsze mamy tam swoje notatki z mijanych obiektów, po drugie itinerer należy do nas i nie zwraca się go sędziom na PKC-ach, po trzecie stanowi pamiątkę tego kuriozalnego rajdu.
Od razu pobieramy materiały na odcinek 3. Bez zwłoki ruszamy, za moment w miejscowości Grzywna parkujemy pod kościołem i udajemy się na jego zwiedzanie. Nie przekroczyliśmy jeszcze progu świątyni, gdy drogę zabiegł nam zdenerwowany jegomość. Ubrany po cywilnemu, ale na czarno, okazał się wrzeszczącym proboszczem tutejszej parafii. Zaczyna wypytywać nas, co my tu notujemy, kim jesteśmy i dlaczego zatrzymujemy się pod kościołem. Zbaraniałem, próbuję wyjaśnić, że chcemy poznać zabytki Ziemi Chełmińskiej i właśnie padło na "jego" kościół. Zapytałem, czy zabronione jest wejście do świątyni, której drzwi są na oścież otwarte? Odpowiedzią był monolog o braku kultury i działaniu na szkodę kościoła, szpiegowskich zdjęciach i poszanowaniu terenu parafii! Wróciliśmy do samochodu, nasze zdziwienie sięgnęło zenitu. Kątem oka zauważam, jak ksiądz ze złością zamyka bramę kościoła wielkim kluczem. Nie zazdroszczę kolejnym załogom... Co skłoniło proboszcza do wypadnięcia z plebani w czasie konsumowania obiadu? Jaki czyn wywołał tak nieadekwatną jego reakcję? Jak spokojny i zrównoważony musi być ten sługa boży, by z ustami pełnymi jedzenia, plując i harcząc wykrzyczeć swoje niezadowolenie...
Kontynuujemy jazdę, długie przeloty, mamy nadzieję, że się nie zgubimy, autor trasy nie zadał sobie trudu, by umieścić itinererze co najmniej 3 punkty odniesienia, do których można się nawiązać. O tym, by przygotować mapę ratunkową terenu też zapomniano. Przeloty są "bardzo" charakterystyczne: "na 11,4 km w prawo na krzyżu, potem do 13 kilometra, gdzie będzie TPKP i następnie do 16 kilometra, gdzie będzie TPKP". Żadnych charakterystycznych punktów. Rekordem był przelot ponad 12 km między kratkami TPKP , gdzie droga wiła się w polach i co pół kilometra należało podejmować decyzje, która z dróg jest "bardziej prosto", czy "bardziej główna".
Zupełnym kuriozum było zlokalizowanie punktu TPKP w Chełmży, z namiaru wynikające w środku miasta. Tablica z nazwą miejscowości była 2 kilometry wcześniej... Pisać ją czy nie? Teraz stoimy praktycznie w rynku miejscowości i szukaj tu najciekawszego obiektu do zwiedzenia. Nerwy ustępują zobojętnieniu, na szczęście przejazd przez Chełmżę po licznych wymuszeniach i znakach zakazu wyprowadza nas na dobrą trasę. To cud - mówimy do siebie.
Po chwili wjeżdżamy na kolejny PKP, tym razem obsługiwany przez sędziów. Podajemy kartę, wbijają nam pieczątkę. Ze zgrozą obserwujemy, że wbili ją w pole fotoobiekty. Nie wiemy już teraz nic, gdzie i co wpisywać, by było dobrze. Jedni sędziowie wbijają pieczęcie w kratki "Przebieg trasy", inni w "Fotoobiekty". Namieszane na maksa. Sędziowie nie wiedzą czemu ma służyć pieczątka? Ma zdyscyplinować załogi by dokonały wpisów z brudnopisu do karty drogowej, zabezpiecza też przed ew. przepisywaniem PKP-ów pomiędzy załogami. Nam też jest już wszystko jedno, nie będziemy z sędziami polemizować. Chcemy dojechać do mety. Jesteśmy głodni, od 7:30 nie mieliśmy nic w ustach, nie chcemy marnować czasu na szukanie sklepu. Wytrzymamy!
Udaje nam się dojechać do PKC-2, choć niektóre skrzyżowania opisane jako "odchodząca lewa" okazywały się skrzyżowaniami pełnymi, typu krzyż. Ale to i tak drobnostka...
Wjeżdżamy na rynek Chełmna. Jesteśmy przed czasem, parkujemy na płycie rynku i czekamy na nasz czas. Zawodnicy dyskutują jak należało wpisywać PKP-y w karcie drogowej. Okazuje się, że każdy zrozumiał to inaczej, ilu zawodników tyle typów wpisów. Obserwator PZM tonuje emocje, wskazuje, byśmy opisali w karcie drogowej sposób naszego zapisu. Wpisujemy. Zawodnicy są mocno podenerwowani, za moment usłyszę trzecią interpretację punktów TPKP z ust komandora. To już nie jest śmieszne...
Jeść! Przyznam, że spodziewaliśmy się małego poczęstunku na rynku w Chełmnie. Może jakaś bułka lub drożdżówka? Nic z tych rzeczy. Zamiast tego pieszy odcinek po mieście. 45 minut i do przejęcia prosta trasa nawigacyjna. Materiały przygotowane profesjonalnie, czytelnie, poprawiony długopisem mały błąd, ale przed startem wyjaśniony. Dostajemy obszerne wskazówki, tu wszystko jest jasne. Mapa wydrukowana na twardym papierze, podany autor trasy, legenda opisująca jak wypełniać kartę drogową. Ruszamy do odcinek IV. Prawie biegiem, czasu bowiem mało. Zaczynamy od skrzyżowania przy ratuszu i po kolei od kościoła do kaplicy, od klasztoru do wieży ciśnień, od baszty do tablicy pamiątkowej. Wiele punktów jest "pustych", nic w nich nie znajdujemy, w innych przepisujemy jeszcze najważniejsze fakty z historii zabytku. Czas nieubłaganie biegnie, pozostała połowa czasu, a my dopiero przy punkcie G. Dobrze, że go znalazłem, zawsze mam ubaw, gdy występuje w materiałach :-) Idziemy mokrzy od potu i dyszący, zwiedzanie to czy bieg maratoński? Nagle ciśnienie podnosi mi się bardzo. Do tablicy, przy której stoimy podjeżdża sobie jakby nigdy nic załoga samochodem. Pilotka wyskakuje i notuje na kartce. My odchodzimy, kątem oka obserwuję samochód. W dalszą drogę nie wjedzie, gdyż wbiegamy w drogę jednokierunkową, z punktu J mamy długą trasę do L. "K" okazał się sklepem spożywczym. Zanim dobiegamy do baszty z kaplicą i Pietą na ścianie spod kaplicy rusza samochód. Jadą trasę samochodem jak nic. Tablica rejestracyjna zaczyna się na C. Brawo dla załogi, gratulujemy sprytu! Zastanawiam się, czy po to jadę tysiąc kilometrów, by ścigać się z samochodem? Fair play widzę nie obowiązuje... W ostatniej minucie dochodzimy do ratusza, wpisujemy, że na zachodniej jego ścianie umieszczony jest średniowieczny wzorzec miary długości tzw. pręt chełmiński. Jeszcze kilka kroków i jesteśmy na mecie. Zegar wskazuje minutę za wcześnie. Czekamy. Pytam organizatora o możliwość startowania autem w pieszym odcinku. Nic nie widział, nic nie wie. Trudno zauważyć, że ktoś parkuje autem i oddaje papiery? Puszczają mi nerwy... Pić!
Cieszymy się, że udało się rozwiązać łamigłówkę i zmieścić w czasie. Koniec! Koniec? Nie! Jeszcze jeden odcinek. Piąty! Choć miało ich być cztery. I znowu o suchym pysku...
Itinery nie są oznakowane numerem odcinka, brak także autora trasy i nazwiska weryfikatora. O jego nazwisku dowiaduję się w domu, w Rzeszowie. Zdziwienia ciąg dalszy...
Odcinek ostatni to wielokilometrowe, nieciekawe dłużyzny, poza nielicznymi obiektami nie ma nic ciekawego. Nie licząc tablicy uświadamiającej nas, że wjeżdżamy w teren, na którym panoszy się zgnilec amerykański pszczół...
Przez Kosowo, Parlin, Łowin dojeżdżamy do mety w Pieczyskach. Przeloty znowu ponad 10 km od kratki do kratki. Źle skręcisz i 20 km naddatku. W karcie drogowej po raz pierwszy układa się dziwne hasło - przesłanie: "Kopało nogą". O ile nie liczyć oczywiście numerków zdjęć...
Meta! Jesteśmy ...godzinę przed czasem! Umyć się i zjeść coś... Nie ma tak dobrze. Sędziowie nie dopuszczają do wcześniejszego wjazdu na metę!!! Niespodziewane, rodzi się nowa, świecka tradycja. Nie wytrzymuję, idę do sklepu, kupuję 4 batony i butle doskonale zmrożonej fanty. Zjadamy wszystko w minutę...
Idę negocjować z dyrektorem rajdu, czy może jednak zezwoli zmęczonym załogom na wcześniejszy wjazd i zakwaterowanie w hotelu. Raczej nie, ale wykonuje telefon. Nie wiem, do kogo dzwonił sam dyrektor rajdu, może do premiera lub prezydenta, jednak zgodę uzyskał i zadowoleni uczestnicy wjechali na teren ośrodka.
Tu zakwaterowanie nastąpiło niezwykle sprawnie, choć nie wszyscy doczekali się własnych łóżek... Szybka kąpiel, przebranie się, przeglądnięcie notatek, analiza map i przed 18:00 stawiamy się, jako jedni z pierwszych do rozwiązywania drugiej części testu turystycznego. Organizator rozsadza nas w dziwny sposób, co nie powinno nas już przecież dziwić. Ten rajd tak ma i już. Zamiast rozsadzić załogi z tego samego klubu ("Ale po co?" - zapytał organizator) to rozsadza kierowcę i pilota z jednej załogi. Każe siadać naprzeciwko. Nasze oczy będą miały trudne zadanie, czytać do góry nogami, dostaniemy zeza... Miedzy załogami ma być zachowany odstęp izolacyjny: 1 krzesło. Wstajemy i zajmujemy krzesła obok. Za moment okazuje się, że jednak dwa krzesła odstępu będą lepsze. Wstajemy kolejny raz, siadamy. Za moment, gdy nadchodzą kolejne załogi widać już, że dla wszystkich miejsca nie starczy. Buntuję się i stwierdzam, że 3 raz się nie przesiadam. Wolnego! Kolejni zawodnicy upychani są w dziury, wynika z tego, ze nawet 1 krzesłowy odstęp nie jest zachowany. "Uwaga zaczynamy!" - woła organizator. Michał nagle pyta, czy widziałem Jacka. Faktycznie, nie ma ich! Michał dzwoni do załogi. Wraca za moment i mówi: "Nie uwierzysz co się dzieje". Prorokuję, że nasz mistrz zawrócił, mając dosyć i pojechał do domu na Śląsk. Mylę się, Jacek z Darkiem stoją przed metą, czekając na swój czas wjazdu. Poinformowany przez Michała organizator rzuca: "Ich problem". Że-na-da.
Piszemy testy, nie sprawiają nam trudności, odpowiedzi w części znamy z materiałów, resztę z owych małych miejscowości TPKP-owych. Na 2 czy 3 pytania strzelamy odpowiedź, o dziwo trafiając. Czas na pisanie testu jest wystarczający na tyle, że jeszcze jestem w stanie zrobić zdjęcia naszych odpowiedzi. Przydadzą się...
Wreszcie na smaczny obiad. Nic tak nie koi nerwów jak smaczny i gorący posiłek. Cały czas rozmawiamy o przygodach na trasie siorbiąc gorący rosół z makaronem. Wszyscy twierdzą, że taki rajd zdarza się nieczęsto! Przeważają głosy krytyczne, jednak towarzystwo ma uśmiech na twarzy, zwłaszcza, że w perspektywie jest kolejna biesiada. A to są zdecydowanie najmocniejsze i najsolidniejsze filary imprezy!
Przy kotlecie dowiaduję się, że na odwrocie kart ze zdjęciami były umieszczone jeszcze 4 fotki... Taaaa, nauczyliśmy się odwracać wszelkie testy, itinerery po swoich i konkurentów błędach na różnych rajdach, lecz aby odwrócić przyklejoną do deski rozdzielczej samochodu kartę ze zdjęciami - na to nie wpadliśmy. 80 punktów w plecy. Brawa dla organizatora, który kopie jak Gołota, poniżej pasa. Novum! Może warto wprowadzić w rundach TMMP, skok adrenaliny na mecie murowany... Choć człowiek uczy się całe życie - ufaj i sprawdzaj. Daliśmy tyłka...
Wywieszono wzory przejazdów. Jakże inny zapis od naszego. Gdyby jednak za pomocą pewnego klucza poprzestawiać logicznie kratki to nawet PKP-y w większości się nam zgadzają. Nie widzę jednak możliwości udowodnienia organizatorom swoich zapisów i wskazania miejsc lokalizacji obiektów ze zdjęć. Zbyt skomplikowane a ja mam już dość. Trudno. Sprawdzam jeszcze wzorcówki biegu po Chełmnie. Przecieram oczy, nie wierzę zapisowi, jaki widzę. Kuriozalnie organizator kolejne kratki oznaczone od 1 do 10 przyporządkował obiektom i tak wpisał litery odpowiedzi. Mimo tego, że w legendzie precyzyjnie zaznaczono, że należy kolejno w kratce wpisywać pary obiekt - opis wg klucza np. 3-T. Oczywiście da się to przerobić, ale...
Teraz wspólne odliczanie do godziny 20:00 i rusza biesiada. Kiełbaski, ognisko, tańce, piwo - bawimy się doskonale. Długie rodaków rozmowy. Na koniec tańczymy z Michałem, Grześkiem i dwiema koleżankami Zorbę. I tym tańcem żegnamy się z Toruniem, towarzystwem i rajdem. Nie będziemy zostawać na zakończenie. Mamy ponad 500 km do domu, poza tym chcemy sobie oszczędzić tego, co zapewne będzie się działo jutro. A dziać się musi - dzisiaj nie wiadomo nawet, gdzie jest biuro rajdu.
Odpuszczamy protesty związane z wg. nas niepoprawnymi kilkoma odpowiedziami na pytania testowe. Inne odpowiedzi jesteśmy w stanie wskazać w materiałach. O ile są inne w pozostałych źródłach świadczy to o niejednoznaczności pytań. Nie zapominajmy, że impreza ta miała być z założenia rundą Mistrzostw Polski, a więc imprezą o najwyższym poziomie turystycznym w Polsce.
Organizatorzy zapewne włożyli dużo pracy w przygotowanie imprezy, popełnili jednak jeden, niewybaczalny błąd - nie zapoznali się z regulaminem Mistrzostw lub może nie chcieli go przestrzegać. W ciągu kilku ostatnich lat nie dane nam było konkurować w ramach Mistrzostw Polski z kolegami z Torunia. Powód: torunianie w mistrzostwach udziału nie brali... I czemu się dziwić, że nie bardzo wiedzieli, z czym się to je?
O godzinie 10:30 jesteśmy już za Warszawą, otrzymujemy informacje o naszym miejscu, zanim wróciliśmy do domu w skrzynce czekał e-mail z wynikami rajdu. Sprawdziliśmy nasze odpowiedzi (fotki się przydały) ze zdjęciami wzorów. Nasze wyniki zgadzają się z dokładnością do 0,2 punkta z naszymi wyliczeniami. Duże uznanie dla sędziów za wykonaną pracę i prawidłowe przeliczenie z naszego "kodu" karty drogowej na "obowiązujący". Byłem pewny, że tego nikt nie będzie probował rozwikłać. Zajmujemy IV miejsce w Mistrzostwach. Pomimo "nieodwróconych" zdjęć...
Uznanie dla sędziów za końcową elastyczność i podejście na zasadzie "spory wyjaśnia się na korzyść zawodnika, bo dla niego jest rajd".
Dziękujemy za zorganizowanie rajdu, jesteśmy zadowoleni z wyjazdu, warto było zwiedzić Toruń i Chełmno, przespać się w prawdziwej twierdzy i odbyć dwie biesiady. W sumie niewiele zabrakło, by rajd dopracować i zamiast mocnych nerwów bawić się w dobrych humorach.
W podziękowaniu organizatorom przekazuję bezpłatny link do regulaminu TMMP '2007 wraz z załącznikami. Miłej lektury! :-) Regulamin
| wstecz | powrót do strony głównej |