Arjano Navi Team - Rzeszów

Część 1.

23 października 2004 roku odbyła się IV runda Turystycznych Motorowych Mistrzostw Polski "Skarbek' 2004" w Jaworznie. Gospodarzem imprezy był Automobilklub Mysłowicki, zaś całością dowodził Komandor Rajdu Wojciech Żak. Na starcie do rajdu stanęło 18 załóg z całej Polski. Szeroko reprezentowany był Automobilklub Warszawski, Mysłowicki, Chełmski i Rzeszowski. Udział wzięli także zawodnicy z Automobilklubu Śląskiego i OS A Opole. Nasz rzeszowski Klub reprezentowały 3 załogi : Bożena Mikuła / Radosław Mikuła startujący samochodem honda crx, Magdalena Szczygieł / Marcin Szczygieł jadący daewoo matizem oraz Katarzyna Wilczek / Tomasz Wilczek - honda accord.

Już w piątek wieczorem rzeszowskie załogi udały się do Trzebinii, gdzie zorganizowana została baza rajdu. Gościł nas ośrodek "Chechło" nad zalewem o tej samej nazwie. Późnym wieczorem, po badaniach regulaminowych okazało się, że zawodnicy z Rzeszowa zachowali czyste konto punktowe posiadając komplet dokumentów oraz sprawne technicznie samochody. :-)

Po krótkim śnie pobudka o 5:15. Trzeba szybko wchłonąć przygotowany przez organizatora suchy prowiant. O tak wczesnej porze jeść się nie chce , parzymy się gorącą kawą zmuszając się do przełknięcia kanapek. Spieszymy się, na 7:00 musimy być w kopalni Sobieski Jaworzno III, która przez 6 godzin będzie miejscem rozgrywania odcinka turystycznego.

Mamy olbrzymie szczęście, że jako naprawdę nieliczni goście zjedziemy "na dół" czynnej kopalni węgla, normalnie funkcjonującego zakładu pracy. Nie będzie to spacer po starówce ani zwiedzanie cichych sal muzealnych w filcowych kapciach. To kawał prawdziwego, wilgotnego i gorącego podziemia, to zapach węgla, towotu i potu... Ekspresowe windy-klatki, ciemne chodniki, pył, woda, szlam i hałas. Coś dla prawdziwych twardzieli. Czy podołamy ?

Ruszamy kolumną wozów za Komandorem Wojtkiem, który pewnie prowadzi swą sieną kolumnę rajdową autostradą i ulicami Jaworzna. Jest mgła, niewiele widać, świat jeszcze śpi...

Jesteśmy w grupie, której przypadł rejon "Piłsudski" , pozostali wejdą "na Sobieskiego" - rejon wiodący kopalni. W zakładzie przywitanie, określenie planu "wycieczki", krótkie szkolenie i idziemy fasować ubrania. W pomarańczowych kaskach ("obca firma"), z latarkami, z aparatem ucieczkowym, w kombinezonach i gumiakach wyglądamy naprawdę bojowo. Miną nadrabiamy delikatną obawę i niepewność - nic, jakoś to będzie. "Nasza" kopalnia jest przecież jedną z bezpieczniejszych - jak się dowiadujemy, z naturalnych zagrożeń występuje tu "tylko" zagrożenie pożarowe i wodne. Oczytani, napełnienie informacjami o kopalni, związku jej z elektrownią Jaworzno III, wydobyciu, maszynach, pokładach węgla, historii i planach rozwojowych zjeżdżamy na dół. Prowadzi nas przesympatyczny nadsztygar, fachowo opowiada o kopalni, ruchu, odpowiada cierpliwie na każde, nawet najdurniejsze pytania. A tych mamy sporo. Musimy pytać, bo na mecie odcinka organizator przepyta nas ! Dochodzimy do peronu, wsiadamy w maleńkie żółte wagoniki i owymi pullmanami docieramy do skrzyżowania chodników. Rozpoczyna się mozolna droga w dół, lekkim spadkiem chodnik schodzi poniżej 500 metrów. Prawdziwa podróż do wnętrza ziemi... Większość z nas nigdy nie była tak głęboko... Idziemy w czerń, na połyskliwych ścianach węgla migają snopy światła z naszych czołówek. Ciągle w dół, po drewnianych podestach, środkiem chodnika płynie woda. Musimy uważać, stopnie są śliskie, a nasze kroki w gumowcach z onucami niezbyt pewne. Po kilkunastu minutach skręt, wchodzimy w ciaśniejszy chodnik, wkoło jakieś rury, stemple, kable. Spotykamy pierwszych górników, którzy w sobotę przygotowują maszyny, konserwują je i przestawiają. Po wyczerpującym marszu dochodzimy do ściany, oglądamy kombajn. Robi wrażenie. Teraz pora na jego uruchomienie, specjalnie dla nas olbrzymia maszyna rusza, jej "czaszowy organ wykonawczy" wgryza się w ścianę węgla. Jest głośno, gorąco, chmury węglowego pyłu pokrywają wszystkich. Prawie wszystkich, gdyż my stoimy w ciągu świeżego powietrza, niejako na nawietrznej, przed kombajnem, reszta zawodników chwyta nozdrzami zapach świeżego węgla. Zazdrościć im czy współczuć ? Pokaz zakończony, ruszamy dalej, musimy przejść przez stare chodniki, w których z obawą obserwujemy pracę górotworu. Pokłady węgla naciskają na zabezpieczenia, drewniane stemple pękają jak zapałki, ze stropu smętnie zwisają kawałki siatki, zardzewiałe, pogięte pręty i łańcuchy czyhające na nasze głowy. Kask to wspaniała rzecz!

Aparat ucieczkowy z generatorem tlenu zaczyna nam ciążyć, akumulatory oświetlenia też lekkie nie są, oddech płytki, pot na skroniach, ale iść trzeba. Dobrze, że do przodu, przejście trasy, którą pokonaliśmy do tej pory wstecz wydaje się niemożliwe. Zbyt trudna, by "przerabiać to jeszcze raz". Nieuświadomiony człowiek może ufnie i z nadzieją podążać za przewodnikiem. A teraz dopiero się zaczyna, jakieś mostki, śluzy powietrzne, wodnisty szlam po kolana, jakże wciągające błoto - oby nie zostać bez gumiaka ! Czyściutkie "na górze" kombinezony zaczynają szarzeć, od dołu mokre od wody kopalnianej, z góry od strug potu. Przecieramy twarze zostawiając na nich malownicze czarne freski. Ręce czarne, w oczach coś kłuje, okularnicy mają problem - ich szkiełka dawno zaparowały, posuwają się gęsiego "ku światełku", bacznie nasłuchują. Jeszcze jakieś kilka milionów lat i ewolucja wytworzy u nich narządy jak u nietoperzy. Ale nie mamy tyle czasu, sztygar z gustowną "ciupaską" (skąd to skojarzenie z Tatrami ?) znika w mroku. Za nim ! Znowu kładki, ciasne przejścia, rury, woda. Mijamy rząpie, zbiorniki wody kopalnianej. "Głębokość ok. 3 m" - informuje nadsztygar. Dobrze, że teraz, gdy wąską kładką grupa przeszła już nad wodą... Zrobiliśmy koło, wspinamy się lekko wznoszącym się chodnikiem. Niektórzy zaczynają narzekać, szyk i rytm grupy burzy się. "To tylko 800 m", dochodzimy, "teraz znacznie krócej: 300", człap, człap, "ostatni odcinek i odpoczniemy". Rzucamy się na zbite z desek ławy, ciężko dyszymy, ambitni studiują jeszcze rozkład systemu wentylacyjnego kopalni. Wszystko w porządku, szyb "Leopold" działa jak należy dostarczając nam powietrza. Po paru minutach jesteśmy w komplecie, zostaje wezwany przez telefon "pullman". Wsiadamy pokracznie do mikrowagoników, mrużymy oczy od świateł latarek, kołyszemy się w takt rozjazdów torowiska, każdy uśmiechnięty i zadowolony, że "już po wszystkim".

Warto było zjechać, zobaczyć to wszystko na własne oczy. Z wielkim szacunkiem patrzymy na górniczą brać, ludzi twardych, odpowiedzialnych, miłych i z olbrzymim poczuciem humoru. Kąpiemy się pod prysznicami, przebieramy, czeka nas kawa i niespodzianka! Każdy otrzymuje na pamiątkę certyfikat "że się odważył" i bryłkę węgla. Jesteśmy zaliczeni przez Konwent Gwarków w poczet Honorowych Dożywotnich Członków Górniczej Załogi ZGE Sobieski Jaworzno III. Sucha informacja, że nabór do kopalni zaczyna się za 2 lata wywołuje burzę emocji. Jedni rzucają kawę chowając się pod stół, inni z błyskiem w oku "to może ja?" Czas pokaże, bracia górnicy, parę miejsc zarezerwujcie!

Po kawie testy turystyczne, pytania "w temacie kopalni", o środki ochrony, o rząpie, o kombajn, kolory kasków. Udaje się nam odpowiedzieć bez błędu. Trzymanie się sztygarów popłaca! Koniec odcinka I rajdu, jakże nietypowego. Ruszamy do Jaworzna!


Część 2.

Udajemy się teraz do centrum Jaworzna, gdzie odbędzie się oficjalny start imprezy. Ustawiamy nasze rajdówki na placu, organizatorzy oficjalnie otwierają rajd, krótkie zapoznanie z trasą, podziękowania dla sponsorów. Górnicza orkiestra gra hymn narodowy, jak na rozpoczęcie Mistrzostw Polski przystało. Pora na próbę sprawnościową SZ-1. 6 słupków, krótki slalom, dwa nawroty i na metę znowu slalomem. Próba na otaśmowanym placu idzie nam dobrze. Jadę jednak niezbyt szybko starając się precyzyjnie trafiać między słupki. Przejazdy kilku pierwszych załóg pokazały, że próba jest ciasna i bardzo łatwo w slalomie potrącić słupek. A każdy to 3 sekundy straty dopisane do konta zawodnika. Zdobywamy 2 miejsce w małych samochodach, załoga z Automobilklubu Śląskiego jadąca fiatem cinquecento jest tu nie do pobicia. Pokazują piękną, dynamiczną jazdę i "wykręcają" o ponad 2 sekundy lepszy czas. Bardzo dobrze wypada Tomek jadący długim accordem kombi. Jedzie na okrągło, bez ręcznego, ale pewnie i zdecydowanie. Marcin jedzie szybko, ładnymi nawrotami, niestety strącony słupek krzyżuje mu plany.

Bezpośrednio po próbie start do odcinka II. Chętnie pooglądałbym jeszcze kolejne przejazdy konkurentów, ale mój pilot woła mnie do auta. "Startujemy 14:40, za 2 minuty, przygotuj się". Podjeżdżamy do stolika sędziowskiego, otrzymujemy itinerer i zjeżdżamy z rampy startowej. Zatrzymujemy się po 30 m, dokładnie przed wyjazdem z parkingu i przeglądamy opis trasy starając się poznać "co autor miał na myśli". Odnajdujemy constans, a więc teraz po przejeździe pod każdym mostem mamy wykonywać manewr "skrętu w lewo z natury". Zapamiętane! Od każdej reguły są wyjątki, więc zaznaczamy fragment trasy, gdzie constans nie obowiązuje. Sprawdzamy, czy kratki itinerera nie są poprzestawiane, krótki kurs liczenia od 1 do 74 - w porządku. Teraz "trasa", zaraz, zaraz, coś tu nie gra, organizator wyciął spory odcinek rajdu oraz duży, mapowy planik "Sigma". Gdzie jest myk? Wybieramy rozwiązanie najprostsze - skoro autor Przemek wyciął to pewnie tak chciał. ? Rajd znacznie się skraca, a my kreślimy na czerwono kratki nieobowiązujące. Ale zmyła... Ciekawe, czy nasi przyjaciele z Klubu to zobaczą. Mam nadzieję, że tak. Na mecie okazuje się, że Kasia z Tomkiem namiętnie "rozwiązywali" planik "Sigma" zbierając kilka fałszywych PKP-ów. Ale jak mawiają górale: "jak się nie przewrócis, to się nie naucys". Nauka rodzi się dwojakiego rodzaju, po pierwsze sprawdzać trasę na przyszłych rajdach, po drugie przejechany "kawał nawigacji" po planiku też jest kolejnym treningiem załogi czyniącym mistrza :-)

Ruszamy na odcinek, na początek lewoskręty. Jeździmy namiętnie, a to na trzecim w lewo, a to 3 razy w lewo, plątanina miejskich uliczek, jakieś zakazy, kilka nakazów, parę parkingów. Pamiętamy z odprawy, że w parkingi nie wolno nam wjeżdżać. Mamy przed oczami także dumny zapis w itinererze "Pamiętaj! Organizator bywa wredny!" Na nic ta wiedza, skoro nie potrafimy dojechać do pierwszego zadania i odnaleźć pomnika z 6 kratki. Kręcimy się w kółko już dobre 30 minut. Sprawdzamy kolejne wersje przejazdu, znajdujemy na trasie mały układ wysepek z nakazem skrętu w prawo. To rozbudowuje nam warianty trasy do 8! Liczyć te 2 metry i skręcać, czy traktować jako jedno skrzyżowanie. Próbujemy i tak i siak, wypadamy na drogę do Katowic. No, tu na pewno nie będzie "ściany z pomnikiem", na 2-pasmówce? Postanawiamy wrócić kilka tafelków do tyłu, może robimy jakiś błąd bliżej początku? Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, powrót "do źródeł" metodą na wprost nie jest możliwy. Drogę utrudniają nakazy skrętu w prawo i drogi jednokierunkowe. Niestety, na mapie, którą posiadamy kierunek ruchu w centrum miasta nie jest zaznaczony. Udaje się nam wrócić na sam start w 44 minucie naszego czasu rajdowego. I tu sytuacja się wyjaśnia! Powinniśmy chyba pójść do okulisty, przed wyjazdem z parkingu wisi nakaz skrętu w lewo. To skrzyżowanie nie jest więc opisane w naszym itinererze. Chylimy czoła przed autorem trasy i szybko wracamy na odcinek.

Kilka prostych skrętów, kilka nakazów jazdy w lewo i łatwo znajdujemy poszukiwany przez nas pomnik.

Odnajdujemy odpowiedź na pytanie: "Kto był projektantem pomnika" i ruszamy dalej... Staramy się nadrobić stracony czas, jedziemy przepisowo, tzn. nie wyprzedzamy na podwójnej ciągłej, ale na licznik nie patrzę, po co się stresować. Ciekawi mnie, czy w Jaworznie są jakieś fotoradary...

Dojeżdżamy do punktu A, skręcamy w drogę na Katowice, nagle kątem oka zauważam tablice PKP-ową, która odwrócona leży na trawniku. Nie możemy zatrzymać się przy niej, jadę jeszcze z 300 m i skręcam w zapomniane podwórko. Zostawiam Bożkę w aucie i biegiem do tablicy. Długi dystans, ale czasu szkoda, trzeba szybko. Dopadam do tablicy, myślę: "nasza", odwracam na właściwą stronę i ...tablica okazuje się być reklamą zakładu fryzjerskiego. Ech! Układam więc ją "jak leżała" i wracam do auta. Zawodnik też bywa wredny, a może ktoś bystrooki też się przeleci dla zdrowia ? ?

Jedziemy dalej, szukamy teraz dowolnego skrętu w prawo. Skręcamy na stację benzynową Statoil. Bożka bąka pod nosem "sponsor rajdu, czytałam". Sponsor? To musi być ten skręt, tylko dlaczego nic nie pasuje? Nie ma kolejnego skrzyżowania. Zaraz, mogę objechać stację wkoło, ale czy to coś wyjaśni? Przeciskamy się pomiędzy tankującymi, cały czas szukając sytuacji drogowej z kolejnej kratki. Już zawróciliśmy prawie i nic. Zatrzymuję się. Obok mnie Grzesiu z Anią. Mam, te dwie małe dróżki po drugiej stronie obwodnicy to te, których szukamy, trzeba tylko dojechać do skrzyżowania i zwrócić auto w prawo. Pasuje, a więc gnamy. Pod mostem, pilot krzyczy "ładuj w lewo, jest constans". Dobrze, że Bożka czuwa, ja chcę wykonywać te lewoskręty jak tylko pod czymś przejadę. "To rury, nie most, prosto!" "Po co skręcasz, to przewiązka budynku" . Ufff, za bardzo wziąłem constans do serca. Dojeżdżamy od tyłu do granatowego fiata uno, to Marcin z Magdą. Chwilę jedziemy za nimi, potem wyprzedzamy ich bolid i gwałtownie musimy skręcić prawo. Teraz przejazd przez tory, bo opuszczamy plan "Sigma". W lusterku widzę że Marcin zatrzymuje się, coś przegapiliśmy? Nie, rozwiązanie jest proste, Marcin będzie jechał nadprogramowy planik. Nie doczytali, że organizator bywa wredny?? Musimy pruć przed siebie, może skojarzą? Jedziemy dalej, nagle Bożka woła "pieczątka, stój". "Nie!", drę się z całej siły, "był most". Skręcam w lewo, mocno do tyłu z drogi asfaltowej w szutrówkę. Mam nadzieję, że nikt z konkurentów nie zauważył naszego manewru. Z góry widzę, że jakaś załoga podjeżdża do sędziego i prosi o wizę. To właśnie psychologiczne oddziaływanie pieczątki, jak jest - muuuuusisz ją dostać! ?

Powoli zbliżamy się do próby sprawnościowej SZ-2. Już widać parking w parku, nawierzchnia zasypana liśćmi, będzie ciekawie. Z biegu ustawiamy się na starcie. W końcu nasz czas rajdowy biegnie a czeka nas jeszcze zwiedzanie Muzeum Pożarnictwa. 5, 4, 3, 2, 1, start. Ręka sędziego w białej rękawiczce unosi się do góry, puszczam sprzęgło, ale gaz dodaje stopniowo. Nie chcę zerwać przyczepności opon na mokrych liściach. Mamy niezłe gumy, "prawie nówki", więc auto posłusznie skacze do przodu. Koniec przyspieszania, teraz nawrót na ręcznym, i zabawa od początku. "Zawsze za dwa, od prawej" - to tajemnica próby, odliczam w myślach słupki, jeden, dwa, nawrót, jeden, dwa, nawrót. Tak cztery razy, w głowie może się zakręcić. Zza ostatniego pachołka suniemy zwykłym slalomem na metę. Zatrzymanie z linią mety pomiędzy osiami auta. Trochę suniemy na żółtych liściach, kontruję, aby nie uderzyć bokiem w słupek mety i nasza cr-ka zatrzymuje się. Czas 38,25 s. Znowu drugi! Ale różnica do rajdowego fiata tylko 1,5 s. A więc odrabiamy...

Nie widzimy nikogo z naszych załóg, ani Marcina z Magdą, ani Kasi z Tomkiem, są gdzieś na trasie. Teraz szybko pod Muzeum Pożarnictwa. Parkujemy, wyskakujemy z auta. Pierwsze zadanie: "podaj z czego wykonana jest rzeźba strażaka na drabinie". "Beton" krzyczę i odciągam pilota ku wejściu na salę wystawienniczą. "Czekaj, drewno", puka Bożka, dobrze, że jedynie w drabinę...? Wpadamy do muzeum, rany, od czego zacząć? Nie ma szansy na dokładne obejrzenie zbiorów, na drzwiach znajdujemy wskazówkę, że organizator ograniczy się jedynie do pytań "z parteru". Dobre sobie, od czego zacząć? Wozy bojowe, drabiny, sprzęt sygnalizacyjny, dzwonki, bekadła, tyfony i syreny, sztandary, hełmy, pompy, sikawki, hydranty, prądnice i działka wodne. Mnie najbardziej ciekawią samochody, Bożkę oddelegowuję więc do działu historii. Piękne, zabytkowe, czerwone maszyny, amerykański Federal z lat dwudziestych, Skoda z 1931 r., Polski Fiat z 1938 r., czy Daimler Motoren Gesellschaft z 1896 r. stoją koło przy kole. Naszą uwagę przykuwa piękna drewniana, włoska sikawka konna z 1717 r. Liczę sztandary, oglądam obrazy olejne, staram się zapamiętać do czego służyła tłumica. Jeszcze rzut oka na całą salę i "Bożka, wychodzimy!"

Dojeżdżamy powoli do mety. Od niej dzieli nas tylko jeden tafelek. "Za trójkątem w prawo, potem 500 m prostej i wjazd w bramę na PKC". Dojeżdżamy do skrzyżowania, droga przed wysepką ucieka w prawo. Na niej, tuż przed główną trójkąt. Nie wolno nam w nią skręcić, najpierw musimy dojechać do trójkąta podporządkowania! Jedziemy prosto i po 4 metrach "mamy" trójkąt. Jest tylko jeden problem, z tego pasa nie możemy już skręcić w prawo i wykonać polecenia. Uświadamia nas o tym strzałka wymalowana na naszym pasie - "jedź prosto". Jedziemy zgodnie z przepisami, teraz na najbliższym skrzyżowaniu skręcamy w prawo, i szukamy po 500 m wjazdu w bramę i mety. Niestety, nie znajdujemy. Krążymy chwilę węsząc podstęp, ale sytuacja nie klaruje się. Wracamy do poprzedniego skrzyżowania, na ów feralny trójkąt. Przypominam sobie tą drogę z rajdu "Mysłowicka Czwórka", skręcam w lewo i dojeżdżamy do mety. Mały błąd organizatora kosztował nas kilka minut straty. Autor interpretował ten zapis tak, że "o ile znak dotyczy skrzyżowania to manewr wykonuje się na tym skrzyżowaniu". Jest to prawda, ale nie do końca, "jeżeli znak dotyczy skrzyżowania, to dyspozycja jazdy DO PRZODU dotyczy także skrzyżowania". U nas był skręt w prawo...

Pora na gorący posiłek, tuż po nim pytania turystyczne. Odpowiadamy klubami, tak, by załogi z jednego Automobilklubu nie miały możliwości kontaktowania się ze sobą. Pytania nie są łatwe, czujemy się jak na egzaminie, z tym, że możemy mieć wszystkie materiały rajdowe i notatki, jakie udało nam się zgromadzić przy pokonywaniu trasy. Dużo pytań z Muzeum Pożarnictwa. "Z czego wykonany był zbiornik na wodę zabytkowej sikawki z 1717 roku?". Pamiętam ten eksponat, przepiękna robota, rzeźbiony w drewnie, z przodu dwa pawie, z tyłu aniołek i śliczna miedziana rura sikawki. Ale z czego był zbiornik ? Wytężam myśli, staram się oczami wyobraźni oglądnąć jeszcze raz to miejsce. Wizualizacja nie przynosi efektów, w miejscu zbiornika w myślach widzę wielką, czarną dziurę. Zaczynamy kombinować, może z drewna, jak całość konstrukcji? Drewno przeciekałoby..., z włókna węglowego na pewno nie, może z metalu? Może, ale my decydujemy się na "tkaninę nasączoną łojem". Jakoś to mi pasuje na początek XVIII w. Niestety, popełniamy błąd, gdyż zbiornik był miedziany. Strzelamy też odpowiadając na kilka innych pytań.

Teraz próba sprawności kierowania pojazdem. Zapadł już wieczór, jest ciemno, pora startować do odcinka nocnego. Instalujemy lampkę dla pilota. Zapisujemy w "zaleceniach porajdowych" , aby zakupić jakąś inną, bo ta od kilku rajdów nie sprawdza się. Powoduje olśnienia, odbija się w bocznej szybie i kierowca ma ograniczoną widoczność w prawo. Podjeżdżamy powoli do niezwykle ciasno ustawionej próby typu "koniczynka". Czekają nas wielokrotne obroty wokół słupków. "Raz do środka, potem po brzegach, zaczynasz od południowego-wschodu, potem na zmianę, zewnętrzne po kolei, zawsze od prawej" - słyszę głos żony. Proste. Patrzymy na przejazd Marcina. Pięknie jedzie. Jego matiz z "3" ślizga się wokół słupków, niewiele widać, auto czarne, tylko snopy światła z reflektorów wyciągają z mroku czerwone słupki. Nagle zawahanie, czyżby zakręciło się w głowie? Już namierzył, kończy próbę z piskiem zatrzymując się na mecie. Potem powie, że w pewnym momencie zobaczył wkoło same flary jak podczas polowania na wilki... Odjeżdża do stolika sędziowskiego, jeszcze jeden zawodnik "tańczy" ze słupkami i my. Wycieram ręce, poprawiam pas, zaciągam go mocniej, nie lubię latać po siedzeniu... Start! Ruszamy, włączone halogeny dalekosiężne rozświetlają mrok, w tle widzę sędziego, kolejne załogi, ale skupiam się na słupkach. Prawa ręka praktycznie nie schodzi z ręcznego, bardzo ciasno. Honda doskonale wpasowuje się pomiędzy słupki, podłoże jest takie jak lubię, nie za szorstkie, niezbyt przyczepne, obracamy się tuż przy słupkach, koła praktycznie skręcone cały czas w tą samą stronę, tylko lekkie kontry, gdy za bardzo wynosi... Ostatni nawrót i meta, byle nie przejechać... Udało się, sędzia podaje czas. Tą próbę wygrywamy o 0,2 s przed zawodnikiem jadącym rajdowym cinquecento. Wreszcie się odkuliśmy, choć należy uznać mistrzowski styl jazdy poprzednika. Załoga z Cinquecento zajmuje I miejsce w małych autach w próbach sprawnościowych, my drugie, zaś w dużych tryumfuje Michał. Pora ruszać do odcinka III.


Część 3.

Ruszamy w noc, lampka pilota oświetla podkładkę z rozłożonymi materiałami i mapą. "Z bramy w prawo, potem kieruj się na Sosnowiec" - słyszę głos żony. Potwierdzam skręt i opuszczam skrzyżowanie starając się wypatrzeć w feerii błysków z lampki nadjeżdżających z prawej. Potem rondo w lewo, dwupasmówką, na łuku zjazd w prawą, ściana lewo i dojazd do zadania turystycznego Z7. Mamy podać "numer Massalskiego". Pomiędzy drogami zaznaczony obiekt. Jest! To pomnik Tadeusza Kościuszki. Na szczycie orzeł. Szukamy napisu, nie ma nic o autorze pomnika. Kto to jest ten Massalski? Świecę potężnym halogenem Kościuszce w oczy, powiesz? Milczy jak głaz... Przeszukuję cały postument, widzimy, że z pomnika ktoś zdjął tablice. Zardzewiałe śruby świadczą o tym, że było to dawno temu. Nie tędy trop. Musimy przeszukać najbliższą okolicę pomnika. Jest ciemno, znajduję same krzaki, rozdzielnie telefoniczną TP S.A. i słupki ze sznurkiem na pranie. Jest także słup energetyczny i ławka, ale nigdzie nie ma słowa o tajemniczym Massalskim. "Przy zadaniach zwiedźcie najbliższą okolicę" - dźwięczy mi w głowie głos z odprawy. No więc zaczynam, systematycznie i powoli. Pierwsze pytanie do mieszkańców wychylających się przez okno w bloku: "Jak nazywa się ta ulica?" "Kościuszki" - no tak, można było się tego spodziewać. "A gdzie jest ulica Massalskiego?"- blefuję... "Nie znamy takiej, w okolicy chyba nie ma". "A może macie sąsiada Massalskiego, pod którym numerem mieszka?" Nie mają, nie znają, ale radzą, aby sprawdzić spisy lokatorów. Rzucam się do bloku za pomnikiem, Bożka przetrząsa blok przy ulicy. Miedzianowski, Rutyłło, Zwillinger, no nie ma... Pytam kilku tubylców, widać że zmęczonych rozmowami w pobliskim barze, o Massalskiego. "Ale w czym on robi?" Ba, gdybym wiedział... Szkoda czasu, odpuszczamy to pytanie, jedziemy dalej, może to zresztą nie ten zaułek, a może to właściciel jakiejś firmy? Przeczesujemy przydrożne reklamy. Toyota, amortyzatory, świeże jaja. Nie ma takiego nazwiska! Przejeżdżamy pod wiaduktem, droga skręca w lewo, teraz szukamy odejścia w prawo. Jest, ale dalej itinerer prowadzi nas w krzaki. Nie tak. Spróbujmy inaczej, potraktujmy tą drogę jako wjazd na parking. Teraz pasuje? Nie bardzo... Inaczej, zawrót, jeszcze raz, więc może coś opuściliśmy w ciemności. Wracamy! Nie ma lekko, droga jednokierunkowa. Znowu kilometry objazdu, o nie, jesteśmy zbyt spóźnieni. Odwracam się tyłem, włączam awaryjne i cofam. To tylko kilkaset metrów! Cofanie na jednokierunkowej nie jest zakazane... Tak, ale wjazd w nią tyłem jest! Może nikt nie widział. Oj, niebezpiecznie, zakręt pod wiaduktem, dobrze, że ciemno, widać z daleka, że nic nie jedzie na nas, no chyba że na wyłączonych światłach. Wracamy pod Kościuszkę. Ależ tu tłok! Z pięć załóg biega z rozwianym włosem i szuka odpowiedzi na dręczące nas pytanie. Odpowiedź musi być na pomniku, nie ma siły! Centymetr po centymetrze badamy cokół, murek oporowy, pracujemy solidarnie, wszyscy za wszystkich. Chełmianie świecą latarką, my podajemy dłoń Warszawie, Warszawa podsadza Chełm ku Kościuszce... Nic nie ma. Jest! Marcin Marczuk wyciąga notes i pochylając się ku chodnikowi czyta na głos notując " Massalski...". Wszyscy rzucamy się na kolana, Marcin wstaje i z rozbrajającym uśmiechem mówi : "żartowałem". Ot, szutnik! Wracamy do systematycznej eksploracji pomnika, świecimy na niego silnymi halogenami i słabymi latarenkami, prosto i pod kątem, z dołu, z góry, z boku i ... naraz jest! Słoniu wyszukał napis na popiersiu Kościuszki. Właściwie to można go najwyżej namacać, ew. tak oświetlić, aby zagłębienia dawały cień. Wtedy widać literki, w pełnym świetle bez szans. Macamy, świecimy, wpisujemy w końcu coś, co wydaje się nam, że jest numerem 83. Na mecie okaże się, że organizator wziął to za "23", wszyscy mają punkty karne. Właściwie zadanie nie będzie się liczyło...

Ruszamy dalej, ale dokąd? Kolejne kilka tafelków itinerera przerabialiśmy kilka minut temu bez sukcesów. Zastosujmy "myk organizatora nr 7"- mówi Bożena, "zawróćmy na ślepej i kontynuujmy jazdę do przodu". Porażka. No więc przypatrzmy się liniom ciągłym, może gdzieś nie wolno nam skręcić? Same przerywane, nie tędy droga. Odrzućmy obie wcześniejsze przecznice, z nich można wjechać na parking, Przemek przed parkingami przestrzegał. Wjeżdżamy więc w kolejną i nagle wszystko zaczyna się zgadzać. Teraz tylko znaleźć "chłopaka z Sosnowca". Po krótkiej jeździe wpadamy na tablicę poświęconą Janowi Wiktorowi Kiepurze. To on, chłopak z Sosnowca, znany tenor. Za nami od dłuższego czasu podąża jedna z rajdowych załóg. Bardzo nie lubię jechać w tłumie, przyspieszam, lecz za moment musimy zatrzymać się przy kolejnym zadaniu. Oni też. Szybka odpowiedź, ruszamy jak dwa cienie...

Jedziemy dalej. Zastanawiamy się, co autor trasy miał na myśli pisząc w itinererze, żeby pamiętać, iż "drogi krajowe nie są drogami szutrowymi". Nie wykorzystamy tej wskazówki na rajdzie, do dziś nie wiemy czy była potrzebna i do czego :-) Odkreślamy kolejne kratki itinerera, trasa mija spokojnie, oglądamy pięknie podświetlony w nocy Pałac Schoenów. Znajdujemy restaurację Belvedere, wpisujemy jej nazwę do karty drogowej i wyjeżdżamy z parku na główne ulice eskortowani przez "rzepa na ogonie". Pora na zabawę w "zgub mnie, jak potrafisz". Szybki dojazd do skrzyżowania, Bożka dyktuje w prosto, ja skręcam w prawo. Wiem, że łatwo wrócę na trasę, a sprawdzę, czy ktoś patrzy w papiery rajdowe. Załoga za nami skręca tak jak my, no to zaczynamy regularny kwadrat: lewo, lewo,lewo, prawo i jesteśmy znowu na trasie. Niestety, licznik wskazuje ok. 400 m za dużo. Od tego czasu dodajmy do każdych namiarów 0,4 kilometra. Żałuję, że to nie nawigacja i że "cieni" nie można naciąć na kilka fałszywych PKP-ów. :-) Bożka jak zwykle spokojna, "nie przejmuj się, jedziemy". Sprawa rozwiązuje się na najbliższych światłach, udaje nam się myknąć na końcu zielonego. Od tej pory nie widzimy już do końca odcinka jakże bliskich nam zawodników.

W oddali, na wzgórzu widać zamek. Błękitne oświetlenie nadaje miejscu tajemniczego charakteru, musimy się tam dostać i dowiedzieć się, kiedy zakończono odbudowę zamku. Parkujemy na parkingu i susami, po dwa schodki wbiegamy na wzgórze. Piękny widok, samochody, światła, cisza. Ale nie ma czasu na rozmyślania, szybko znajdujemy odpowiedź na pytanie. Zaraz potem w kolejnej kratce zadanie nr 11: "po której stronie znajduje się stary cmentarz?" Dochodzimy do niego idąc wzgórzem od zamku. Jak określić jego położenie, względem czego? Określamy : "na wschodzie, po prawej stronie drogi, na prawo od wejścia do zamku". Dziwne zadanie, coś tu nie gra. Sprawdzamy wielokrotnie, może to nie ten cmentarz? W itinererze w kratce 32 mamy jazdę pomiędzy dwoma cmentarzami, środkiem, może to pytanie dotyczy tamtych nekropolii? Schodzimy w dół, krótkie "jak leci?" w kierunku Marka z Opola, który parkuje swą skodę u podnóża zamku. "Dacie odpisać?"- pyta z uśmiechem. "Jasne" - Marek jak na doświadczonego zawodnika przystało rzecze: "Sprawdzimy" i raźno zabiera się do wspinaczki. Odjeżdżamy, nagle dostrzegam samochód sędziego i wystawioną tablicę PKP-ową. Zatrzymujemy się i długa narada. "Bić ją" czy nie? Po kilku minutach stwierdzamy, że chyba jest prawdziwa i trzeba poprosić sędziego o wpis. Powoli podjeżdżamy, z boku świst, to czarny matiz Marcina i Magdy właśnie przejechał drogą. Nie zatrzymali się na pieczątce! Nie wiem, w którym miejscu trasy jest Marcin, może się zgubił, bo gna jak szalony, może tu jest pętla i jedzie się jeszcze raz? Obserwacja zawodników czasem nie tylko nie pomaga ale nasuwa sporo wątpliwości. Na zasadzie "róbmy swoje" bierzemy od sędziego wizę i ... dojeżdżamy do starego cmentarza, na którym byliśmy już idąc od zamku. Wiemy teraz, że prawidłowa kolejność to odpowiedź na pytanie o zamek, potem bita pieczątka , na końcu zaś zadanie "cmentarne". Mamy błąd, 20 punktów za fałszywkę i 20 punktów za brak prawidłowej w tym miejscu wizy. Niedobrze... Ale rajdy wygrywają ci, co są na mecie, więc precz smutki i troski i czytamy dalej. Prosta nawigacja przez kilka kilometrów. Nie dajemy się złapać na przestawione w itinererze kratki, 34 nie może być przed 33! Niektóre załogi będą tu miały problem, małe niedopatrzenie i wiele minut straty w poszukiwaniu niewłaściwego znaku. Zbliżamy się do miejsca, które przysporzyło nam na rajdzie najwięcej problemów i które, po zastanowieniu opisane było jak najbardziej logicznie i przejrzyście. "Skręć za trójkątem w prawo". Nie wiem dlaczego, ale wyjeżdżam w prawo na główną, opuszczając małą, brukowaną kostką dróżkę dochodzącą do tego skrzyżowania również z prawej strony. Wyjaśnienie jest jedno, w nocy mało widać. :-) Tracimy ok. 20 minut na odnalezienie kolejnego manewru, robimy parę ładnych kilometrów, cały czas trzymając się głównej. Bez rezultatów. Wracamy na skrzyżowanie z trójkątem, stoi tu kilka załóg. Długo stoimy na nim kombinując, aż nagle podnosimy wzrok znad papierów i okazuje się, że zostaliśmy sami. Inni gdzieś zniknęli, normalnie rozpłynęli się w mroku... Dużo wody musiało upłynąć w Przemszy, zanim znaleźliśmy "najbardziej prawą" drogę na tym skrzyżowaniu.

Od tego miejsca odcinek mija szybko i precyzyjnie, znajdujemy każde skrzyżowanie, wszystkie obiekty. Pod koniec trasy zaczyna nam jednak brakować czasu. Jedziemy już na spóźnieniu ok. 3 minuty. Dobrze, że na drogach pusto. Prujemy swoim tempem, nagle z podporządkowanej wyjeżdża nam przed sam nos maluch. Nie zmusza nas do awaryjnego hamowania, ale drastycznie ogranicza naszą prędkość przelotową. Zwalniamy do 40 km/h. Piorunuję ile wlezie. Nagle okazuje się, że był to wysłannik niebios, który uratował nam skórę, a przynajmniej pozwolił, aby fundusze nasze dramatycznie nie stopniały. Po lewej stronie z ręcznym radarem stoi sobie spokojnie patrol policji. Uśmiechamy się do siebie, strużka zimnego potu spływa po kręgosłupie. Kończy się ograniczenie, teraz niezabudowany, wyprzedzamy maluszka i skręcamy na autostradę. Tu honda pokazuje swoją kilkunastoletnią moc i za parę minut jesteśmy przy zjeździe na Chrzanów. Gnać na metę! Już niedaleko. Drogę do ośrodka znamy, jechaliśmy nią wczoraj. Znad zalewu wstaje mgła. "Uważać na jeże" - informuje mnie pilot. Tak, wczoraj w tym miejscu spotkaliśmy to przemiłe zwierzątko, dreptało przed siebie na nocną wyprawę. Seria kilku zakrętów, dwa mostki nad autostradą, brama ośrodka i PKC. Przepisujemy z brudnopisu wszystkie PKP-y, jesteśmy lekko spóźnieni.

Na mecie jest już Marcin z Magdą, też mają delikatne spóźnienie. Auto na parking, a my czekamy na Kasię i Tomka. Wciąż ich nie ma. Wojtek pyta, czy widzieliśmy ich na trasie i czy możemy skontaktować się z nimi i zapytać, czy wszystko ok.? Mają duże spóźnienie, niedługo wskoczy im taryfa. 2000 punktów karnych to dawka, którą zniosą tylko najtwardsi zawodnicy. Taka taryfa może odbić się bardzo negatywnie na psychice załogi, mogą pojawić się moczenia nocne, lęki i kompleksy. :-) Choć inna szkoła głosi, że "nie zaznał rajdów, kto taryfy nie miał". Próbujemy dzwonić, ale załoga nr 12 ma wyłączoną komórkę. Po jakimś czasie udaje się nawiązać połączenie. "Radku, odpuszczamy, jesteśmy na autostradzie, wracamy do ośrodka, mamy chyba przekroczony limit spóźnień!". Zgadzam się w całej rozciągłości, zwłaszcza, że meta jest w ośrodku i wystarczy do niej dotrzeć! Chwila skupienia, nawigacja autostradowa i wpadają zmęczeni na metę w ostatniej prawie minucie. A więc komplet! Podkręceni na maksa nie odpuszczamy, idziemy grupą odpowiadać na kolejną, bolesną serię pytań. Wchodzi nam to już w krew, metoda organizatora jest doskonała, Jacek wręcza nam testy i profesjonalnie odlicza na głos upływające minuty. To bardzo pomaga, nie musimy zerkać na zegarek. Załogi rzeszowskie odizolowane, nie ma szansy na spojrzenie czy kontakt, zresztą czasu jest tak mało! W kajeciku Bożka notuje "wprowadzić taką metodę testów na naszych rajdach". Pewno, warto przejmować doskonałe wzorce!

Pojawiają się wyniki nieoficjalne z dwóch pierwszych odcinków. Jesteśmy na II miejscu. Marcin z Magdą pojechali pięknie i zwyciężyli. Różnica nie jest duża, 1 PKP. Kasia z Tomkiem przez nocne przygody zamyka stalową klamrą klasyfikację załóg od dołu. Cieszymy się, że dwie załogi rzeszowskie są w czołówce. Szczygiełki jeżdżą bardzo dobrze, Marcin ma nawigację we krwi, Magda niesamowitą pamięć i łatwość pracy z dokumentami. Młoda załoga, jeżdżą dopiero od roku, a wspólnych wspomnień i działań tyle, jakbyśmy znali się od wielu lat. Ich kariera rajdowa to przykład, że uczeń przerósł mistrza! Ciężko pracują, nie szczędzą sił i środków, aby trenować i podnosić swe umiejętności. Włączyli się także do organizacji imprez, zaglądnijcie kiedyś do Rzeszowa, poznacie charakter i smak rajdów szczygiełkowych! Zaczynamy liczyć różnice punktowe w stosunku do innych załóg. Trzeba będzie mocno się jutro postarać, by utrzymać miejsca. Warszawiacy Kaśka z Michałem depczą po piętach, a w czołówce mnóstwo doskonałych załóg. Na ostatnim odcinku będzie kilka PKP-ów, no i test turystyczny. Wszystko może się zmienić.

Nie mam na nic siły, wysączam piwo, z tego wieczoru pamiętam tylko, że zasnąłem jako pierwszy z lokatorów domku...


Część 4.

Niedziela rano, można by pospać, a tu jeszcze czeka nas odcinek IV. Wstajemy i idziemy na śniadanie, dziwne pustki, większość załóg jeszcze śpi. Na drzwiach biura odnajdujemy wyniki pierwszych odcinków, ale jakże zmienione. Co jest? Jakieś protesty były w nocy, doliczyli zadania specjalne czy przyłapali kogoś na przekroczeniach przepisów ruchu drogowego? Jesteśmy na I, Marcin spada na III, zaś szok - Kaśka z Michałem jadą w dół tabeli. Jest legenda dodatkowych punktów : ja otrzymuję 100 punktów karnych za "niekompletną bieliznę". Hmmm, to sprawka kopalni i pechowego prysznica, przez który zmuszony byłem ukończyć wczorajsze odcinki w samych dżinsach :-) Nie wspomnę tu o tej sprawie ni słowa, gdyż skromność moja i poczucie dobrego smaku nie pozwala mi obnażyć głęboko skrywanych tajemnic... Marcin otrzymał 200 punktów karnych "za świecenie po oczach, po 100 punktów za oko", zaś Kaśka za fałszywy bąbel na lewej nodze i + 10 pkt. za nogę prawą. Waldi w swym bolidzie 126 p podobno przekroczył prędkość na autostradzie i ukarany został 11 punktami, zaś Marek za "nieregulaminowy uchwyt do papieru" wzbogacił swoje konto o punktów 20. Tak to organizator pogrywa sobie z zawodnikami. Ale zaraz, zaraz, pod wynikami podpisany jest ... Mikołaj Kopernik, zaś wyniki dotyczą rajdu "SKROBEK '2017". Nerwy puszczają, doskonały dowcip, nic tak nie rozładowuje napięcia przedrajdowego jak głośny i szczery śmiech! Po śniadanku wychodzimy na parking, toczymy luźne rozmowy, nie widzimy ani Kaśki, ani Michała. Czyżby zaspali? Bożka pyta Wojtka, czy wie gdzie są warszawiacy? Okazuje się, że przekonani są, iż w nocy z soboty na niedzielę należało przestawić czas na zimowy. Błędne założenie kosztuje ich 3 minuty spóźnienia na start i zapewne jazdę na czczo. A więc start, Wojtek wypuszcza kolejne załogi na trasę, jest piękny, słoneczny dzień, okoliczne lasy mienią się od wszelkich barw od złota, po czerwień. Gnamy pod mostem, wyjazd na główną i szeroką asfaltówką, polami przed siebie. Przed nami przejazd kolejowy ze znakiem STOP. Instynktownie hamuję, ewentualny nadjeżdżający pociąg widać by było z obu stron idealnie, ale nakaz to nakaz. Na mecie okaże się, że w tym miejscu organizator ustawił ukrytą kamerę, która skwapliwie rejestrowała każdy ruch zawodników. W jaki sposób sędzia ukrył się ze sprzętem w tym szczerym polu pozostanie jego słodką tajemnicą maskowania. Załogi generalnie zatrzymują się na STOP-ie, choć cecha ta dotyczy 50 % zawodników, pozostałym znak "nie przeszkadza". Tomek z Kasią łapią tu 20 punktów karnych, choć jak twierdzi z przymrużeniem oka, niesłusznie, bo "znacząco zwolnił" :-) . Jednym z celów imprez rajdowych jest poprawa bezpieczeństwa jazdy i zwrócenie uwagi na przestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Mamy nadzieję, że załogi wezmą sobie do serca "te przygody"...

Jadąc wg opisu trasy dojeżdżamy do skansenu w Wygiełzowie. Na zwiedzenie mamy tylko godzinę, a teren rozległy, mnóstwo starych, przepięknych chat i domostw, zagród, kurników, gospoda, kościół, młyn. Wiele tablic z opisami tradycji, zwyczajów, historii. Czytamy, oglądamy i notujemy. Jesteśmy w tym wprawieni, wiemy na co zwrócić uwagę, wyszukujemy perełki i zastanawiamy się, jakie my zadalibyśmy pytania będąc na miejscu organizatora. Może coś o grosikach w studni szczęścia? O gliniane dzbany suszące się na żerdziach płotu? O konstrukcję sumikowo - łątkową drewnianych chat? Albo z innej beczki, o charakterystyczny kształt uli, narzędzia rolnicze lub pracę wiejskiego kowala? Czas mija szybko, musimy się rozdzielić, ja biegam górą, Bożka zaś doliną, potem łączymy zebrane dane do kupy! "Wystarczy" - mówi Bożka - "jeszcze mnóstwo kilometrów przed nami". Lekko oponuję, bo bardzo mi się tu podoba, robię ostatnie zdjęcia. Chętnie zamieszkałbym w małym białym domku "biedoty wiejskiej" i z chęcią odciął się od cywilizacji. Byle tylko internet doprowadzili...

Odjazd! Pozostała część odcinka jest prosta i przyjemna, jedziemy przez ładne widokowo tereny, okazuje się, że jesteśmy prawie 20 minut przed czasem na mecie. Nie wjeżdżamy w strefę mety, czekamy na swój czas, wertujemy i porządkujemy notatki, przeglądamy zakupiony w skansenie przewodnik. Wiedza tryska nam już uszami. Wreszcie mija 11:45, wtaczamy się za tablicę strefową i oddajemy kartę drogową. Jeszcze test i koniec rajdu! Test okazuje się dla nas łatwy, zaliczamy go na 0 punktów karnych, choć delikatny problem mieliśmy z odpowiedzią na pytanie "co to jest raszpla?". W notatkach Bożki czytamy "raszpla, zdzierak, nóż do kopyt". Nie wiemy czy wybrać z testu nóż czy zdzierak. Ja twierdzę, że słyszałem często od babci "weź no raszplę i..." a na pewno nie miałem podkuwać koni. Podejmuję decyzję, że zdzierak i uświadamiam pilota, aby prowadził notatki precyzyjniej niż precyzyjnie i zwracał uwagę na przecinki.

Ufff, "już po wszystkiem", można zjeść obiad i poopalać się w promieniach słońca na plaży nad zalewem. Organizator sprawnie przelicza wyniki i z moment pojawiają się nieoficjalne, po 30 minutach zaś oficjalne. Marcin i Magda źle zaznaczają "rok, kiedy zaniechano produkcji oleju przy pomocy taranów", więcej błędów ani spóźnień nie mają. Zajmują II pozycję, o 3 punkty za nami. Na miejscu III załoga z Automobilklubu Śląskiego, koledzy Osiak i Pochroń. Na IV Kasia i Michał, zaś stawkę zamyka załoga nr 12, czyli "nasza" Kasia z Tomkiem. Jesteśmy im wdzięczni, że dołączyli do rzeszowskiego teamu, wspólnie osiągamy I miejsce jako Automobilklub Rzeszowski i I jako Okręg. To duży sukces, który cieszy. Klub nam zaufał a my odwdzięczamy się wynikiem.

Rozdanie nagród przebiega sprawnie, załogi otrzymują oryginalne puchary wykute w bryłach węgla, dyplomy, nagrody rzeczowe. Tryskający humorem organizator nie zapomniał o nocnych przygodach kolegi Wolanina - biedak z zabandażowanym palcem otrzymuje nagrodę "Krwawego Puszkina". To podziękowanie za straty fizyczne i moralne podczas otwierania konserwy rybnej. Tylko zawodnik o wielkim sercu i ostrym nożu gotowy byłby tak nadstawić zdrowie, ba, życie nawet, dla zaprzyjaźnionej, głodnej załogi. Kolejną nagrodę "Stringi męskie" otrzymuję ja, za braki w umundurowaniu podczas pełnienia obowiązków kierowcy. Nagroda "Ostatni Będą Pierwszymi" wędruje w ręce powożących czarną hondą na rzeszowskich numerach, Kasi i Tomka. Obserwator PZM-otu w podziękowaniu za wnikliwą ocenę imprezy otrzymuje pluszowego Kreta - Górnika z przesłaniem, aby "nigdy nie kopał pod żadnym organizatorem".

Wszyscy doskonale się bawią, choć niektórzy już zaczynają myśleć o kolejnej rundzie TMMP. Tym razem jedziemy do przyjaciół z Poznania. A tam wszystko zacznie się od nowa...



powrót do strony głównej




Napisz do nas
Autor strony: Radosław Mikuła